Miałam uraczyć Was blaskiem mojego geniuszu szkoleniowego, wpisem merytorycznym, tchnieniem opiniotwórczym i możliwością potaplania się odrobinę w cieniu mojego splendoru.
A potem zaczęłam tworzyć ten tekst, który miał zmienić zdanie tych milionów, które mnie czytają.
     I zaczęłam pisać przypisy, żeby "Ci nowi" co zaplątają się tutaj przypadkiem to nie opluli klawiatury zbulwersowani i zagubieni w mojej logice. Klawiatura to rzecz ważna a jej wymiana nie jest tania, szczególnie, że większość z tych szkoleniowych mistrzów jest na utrzymaniu rodziców.
     Więc w trosce o portfele rodziców, klawiatury i nerwy własne oraz cudze zrobiłam też kilka przypisów dotyczących przypisów. 
     Na koniec natomiast wyszły mi z tego dwie zajebiście sarkastyczne strony adnotacji, stwierdziłam, że szkoda czasu, bo na zewnątrz właśnie przestało wiać, temperatura osiadła gdzieś w okolicach minus ośmiu stopni, słońce schowane a lód na ścieżkach spacerowych zaczął się błyszczeć. Idealna alternatywa. Więc poszłam z psem na spacer. Zawsze lepsze to niż popełnianie kolejnego gwałtu na interpunkcji.
     Musicie natomiast wiedzieć tutaj, że ja ponad pół roku temu zdecydowałam się naprawić moje największe życiowe błędy (i zrobić kilka nowych) co sprowadza się do tego, że kiedy tylko skończyły się ostatnie zajęcia na mojej uczelni spakowałam wszystko w kartony i wyniosłam się do wielkopolski. Nie zrozumcie mnie źle, Wrocław całkiem spoko. Na mojej liście spoko rzeczy mieszkanie we Wrocławiu plasuje się gdzieś pomiędzy leczeniem kanałowym u pijanego dentysty z zamiłowania i pasji (a niekoniecznie z wykształcenia) a dietą. Wiadomo - jedni mają Radom, inni Sosnowiec, mnie przypadł w udziale Wrocław, którego największą zaletą jest to, że ma granice administracyjne, które gdzieś się kończą i całkiem sensowne skomunikowanie z resztą świata - można z niego wyjechać pociągiem, autobusem, autem, rowerem, hulajnogą a nawet wylecieć samolotem. No i nie trzeba na to wizy. Miód malina.

To ja kiedy przyjezdni mówią, że ten pierdolnik jest nawet spoko i chyba tu zamieszkają
    Domyślam się, że załapaliście ideę. A teraz wyobraźcie sobie, że zupełnym przypadkiem w tym samym czasie kiedy ja pojechałam do wielkopolski na jednodniową przygodę z szukaniem mieszkania (znajdę to się przeprowadzę - nie znajdę to i tak się przeprowadzę, ale może w inne rejony Polski) pewne mieszkanie szukało lokatora. I to nie byle jakie mieszkanie, bo usytuowane w miejscu, w którym poranne spacery można odbębnić bezsmyczowo, do centrum miasta jest dziesięć minut rowerem a do centrum niczego pośrodku pola dziesięć minut piechotą. Dodać do tego jeszcze, że sama miejscówka wydawała się cicha i spokojna, z daleka od zgiełku, którym rzygałam po dwóch latach egzystencji koło akademików a potencjalny współlokator zdradzał miłość do Wrocławia podobną do mojej.     
No raczej.
     I tak sobie ostatnio przemierzam z Miszonem Centrum Niczego. I ja tak sobie tuptam, i Owczarek sobie tupta. I ja tak sobie ją czasami wołam i karmię kiełbasą albo króliczym bobkiem zwanym Brit Care a Miszon czasami przychodzi i sobie szama, i wszyscy są szczęśliwi. I tak sobie myślę, że w zasadzie to Ci ludzie od Owczarków to tacy farciarze trochę, bo te ich psy to taki mądrale na splendorze. Zupełnie jak właściciele. No chyba, że wpadną na jakiś głupi pomysł, jednocześnie będąc przekonane o jego absolutnej zajebistości. To wtedy nie. 
     No i odkąd Miszek mieszka sobie w miejscu pełnym zajęcy, bażantów, łani podchodzących pod dom z rana (nie żartuję), jeleni pryskających po krzaczorach kilka metrów od ścieżki, lisów przebiegających drogę i dzików buszujących nad ranem pod osiedlową Żabką i uniemożliwiających jej otwarcie to sobie taki Miszek wpadł na pomysł, że ona może być kim chce i będzie płochaczem.
     No chyba nie. W taki oto sposób tydzień temu zeszła z linki treningowej, pięknie rezygnowała mi z wpadania w wysoką trawę i nękania bażantów, a odkąd język przymarzł jej do ścieżki po tym jak próbowała oderwać z niego kupę jakiegoś stworka to przestała nawet zerkać w kierunku apetycznych gówien. Okej, to ostatnie to akurat żart, ale mam nadzieję, że chociaż przemyślała gruntownie swoje postępowanie i jakoś sobie skojarzyła, że lizanie zimą lodu to nie jest jakiś turbogenialny pomysł. Kogo ja chcę oszukać.
     Idziemy więc sobie dalej, długo idziemy, bo droga którą zmierzamy jest dosyć długa. I nagle jak nie usłyszę, że mi coś takim cienkim głosikiem szczeknie w wysokiej trawie! Potem drugi. Myślę sobie - pewnie z domków jednorodzinnych nieopodal się niesie, ale w sumie - sprawdzę, bo dlaczego nie? Schodzę więc ze skrzącego się chodnika jak ta Dorotka z żółtej ścieżki, mój dzielny Toto w siódmym niebie, bo czuje, że przygoda czeka tuż za rogiem. I tak się rozglądam czy gdzieś w jakiś krzaczorach nie siedzi kompletnie oczadziały z zimna piesek. I tak sobie idę przez nierówny teren - jakieś usypane kopczyki, jakieś dołki, ale nic to. Kompletne zadupie, trawa do pasa, krzaczki to tu to tam, ale widzę, że kilometr dalej przed Nami, więc w sumie blisko, jest już ścieżka. Wiec po co się wracać skoro można pocisnąć spacer w miejscu, w którym pies sobie powącha a my może - MOŻE - złamiemy sobie nogę i będzie wypisz wymaluj L4. Mnie takich rzeczy dwa razy powtarzać nie trzeba, ja zawsze jestem chętna na przygody, jak się okazuje Miszon również.
     Tutaj pragnę zaznaczyć, że to nie jest tak jak Wam się wszystkim wydaje - to nie tak, że Miszon to taka lękliwa pizdeczka. Ona ma w sobie serce lwa, cztery żołądki krowy i mózg kanarka co sprowadza się w praktyce do tego, że bardzo szybko ładuje się w bardzo dziwne sytuacje. I tak było też tego dnia, bo oto hasa sobie niczym beztroski baranek po łące i nagle widzę, że hasa jakoś tak dalej ode mnie i zerka czy ja zerkam i zanim zdążę ryknąć, że "Tuten teraz naten tychmiast DO MNIE!!!" pies - dzida w trawę i tyle ją widziałam. Zmówiłam szybka modlitwę by bażanty poderwały się do lotu zanim mój lotny umysłem pies potknie się o nie w tej trawie i naderwie jakiś mięsień, bo ja już jestem ósmy dzień po wypłacie, ja nie mam za co iść do weterynarza i płacić za rehabilitacje. Ledwie zdążyłam w myślach stwierdzić "amen" a moje modlitwy zostały wysłuchane i to nawet bardziej niż bym chciała. Bo oto pięćdziesiąt metrów ode mnie do lotu poderwało się jak nic dwieście pięćdziesiąt kilo dzika wielkości sporego kuca a za tym dzikiem ile pary w łapach jakiś mały, biały cherlawy zajączek, który musiał być moim psem. 
     Oczywiście. Klikera się boi, na widok plastikowej butelki klepie sobie miejsce na cmentarzu i zamawia wieniec "ostatnie pożegnanie", autobus który zawsze wiezie ją na zajebiste spacery jawi się jej jako ostateczna kara z nieba i zwiastun Apokalipsy. 
     No ale dzik? Dziki są zajebiste, wiadomo. I tak sobie stoję i podziwiam, trochę mi mowę odebrało, bo ja w sumie odkąd się tutaj wprowadziłam to chciałam dzika zobaczyć, ale bardziej to sobie wyobrażałam w innej scenerii - ot, wstaję w nocy do pracy. Godzina 1:00, wyglądam przez okno a tam pod klatką taka cała świta honorowa ryje sąsiadce kwiatki. Dzwonię po urlop na żądanie i idę spać dalej. 
     Ale nie, oczywiście, że nie dla mnie taki hepi end i prezent od życia.
    Widzę, że pies powoli bawi się w pasienie i w duchu gratuluje mu tej pasji, bo w sumie może zostać kim chce to niech już zostanie border collie, ale na litość boską, nie może ćwiczyć na czymś mniej inwazyjnym - a bo ja wiem, pająkach w domu? Małych pieskach sąsiadów??? I dzik tak zasuwa sobie po łuku a moje oczęta coraz większe bo jakoś tak widzę pewien punkt przecięcia trasy dzika i Dziczka. Cała akcja trwa dosłownie trzy sekundy zanim huknę "MISZ DO MNIE!!!". Pies tak niby zwalnia, już powoli sobie przypomina, że surowego nie je a poza tym gdzie my tyle mięsa upchniemy w zamrażarce jak tam się ledwo moje pierogi mieszczą. Myśli, myśli, wymyśliła - zawraca w kierunku parówek po emocjonującym trzymetrowym pościgu, który trwał całą wieczność. A ja tak sobie myślę, że wracanie po własnych śladach to żaden wstyd a linę to tak jeszcze miesiąc będzie targać na tej chuderlawej szyi. 
A w związku z tym, że jednak był hepi end to Miszon i Yoko w Centrum Poznania na osłodę.

Dzień jak co dzień z Dziczkiem

   
     Baskerville aktualnie jest na polskim rynku jedną z nielicznych alternatyw dla ciężkiego, topornego fizjologa chopo. I jako jego lżejszy odpowiednik jest dosyć chętnie wybierany, na nasz wieszak trafił prawie półtorej roku temu i myślę, że w końcu czas na konkretne podsumowanie dotyczące tego kagańca. Poprzednie powstało raptem po tygodniu użytkowania, jednakże jak na test przeprowadzany w tak krótkim okresie czasu był zadziwiająco trafny.
     Powtórzmy więc jeszcze raz jakie parametry ma mieć Miszonowy kaganiec: 
- Ma być lekki i wygodny. -  Misz w kracie biega przy rowerze, jeździ pociągami i autobusami oraz penetruje luzem okolicę. Czyli ogółem - trochę czasu w nim spędza. Nie może przeszkadzać i ocierać.
- Ma pozwalać jej ziajać.  - Patrz wyżej. Picie w kagańcu uważam za zbędny dodatkowy atut. Do tego jej kratę po prostu ściągam.
- Ma uniemożliwiać żarcie z ziemi i szczypanie/gryzienie - kaganiec nie jest dla ozdoby, ma pełnić konkretne, okreslone funkcje. W naszym wypadku - uniemożliwiać psu opier.alanie porzuconych hot dogów z papierkiem, kup, chlebów i potencjalnych trutek. Jako, że Misza to Misza i szybko się wkurwia na natarczywe/pokazujące jej zęby/kręcące się koło jej rzeczy (lub będące borderem :D) psy - kaganiec ma też uniemożliwiać zagryzanie.

     A dlaczego padło na Baskerville? Powód prosty - kaganiec teoretycznie nieściągalny co było ważne u Miszona, ponieważ potrafiła zgubić kratę w krzakach lub przy otrzepywaniu się.

     Czas więc najwyższy rozliczyć go krok po kroku i konkretnie. Zacznijmy od plusów... ponieważ jest ich mniej.
+ Baskerville wyprodukowano z gumy - oznacza to iż jest lekki. Można nim też wyginać na wszystkie strony i nie boli tak bardzo jak pies uderzy nim w łydkę lub piszczel. Moja obawą był zapach, zupełnie niesłusznie - guma, z której zrobiono kaganiec nie śmierdzi. Lekkość i elastyczność niesie dodatkowe korzyści, które zauważyłam podczas okresu użytkowania - jeżeli akurat nie chcę, żeby obijał mi się o tyłek wisząc z plecaka mogę go zgnieść i upchnąć gdzieś w środku. Waży tylko 120g (Baskerville Ultra Muzzle rozm. 4), więc jeżeli tak jak ja nie lubisz nosić na plecach zbędnego ciężaru a nie możesz zaserwować swojemu psu akurat szmaciaka to ta krata raczej cię usatysfakcjonuje.
+ Jego budowa faktycznie umożliwia psu ziajanie. Jest to szalenie ważne w momencie kiedy zwierzak - tak jak Misza - biega w nim przy rowerze. Jednakże to jak bardzo pies może się schłodzić zależy już od tego jaki jest to pies o czym powiem za chwilę.
+ Nie przesuwa się na psim pysku.
+ Miszon bardzo szybko się do niego przyzwyczaiła. Miłości między nimi nie ma, ale nienawiści również brak.
+ Nie blaknie. Czerń dalej jest czernią.
     ...I to tyle w kwestii zalet Baskervilla. Najistotniejszy jest dla mnie punkt pierwszy i drugi i na nie radzę zwrócić uwagę, ponieważ reszta to w istocie (przyznaję bez bicia) dodatki, które wyszły w praniu nieistotne "dla sprawy".

     Natomiast wad mamy o wiele więcej. Gotowi? No to start.
- Dobieranie rozmiaru. Kto próbował ten wie, że rozmiarówkę Baskervilla opracował sam Szatan i to opracował ją chyba na podstawie Cerbera i kilku przedstawicieli Dzikiego Gonu. Nie ma bowiem innego wyjaśnienia na to dlaczego jest ona tak podstępna. Na niektóre psy Baskerville może nie pasować wcale - być za szeroki, za długi bądź za krótki. W przeciwieństwie do Chopo nie wchodzi w grę zwężenie bądź rozszerzenie przez dociśnięcie lub rozgięcie kagańca. Producent wspomina, że można go modelować przez wygotowanie (?). Cóż, zdesperowanym pozostawię zaszczyt próby.
- Łatwiejszy w destrukcji niż plastiki czy metale. Zolinka swój unicestwiła.
- Jednak ściągalny. Chociaż wymaga to ode mnie złego zapięcia kraty (dania psu za dużo luzu)* i trochę wysiłku Miszona. Pasek zapinany na górze kagańca jest o kant dupy rozbić. Podnosi kaganiec do góry, dziwnie go układa na pysku, źle się wpina w pasek, w który powinno się go wpinać - ostatecznie z niego zrezygnowałam.
 Weronika Kusaczuk: "(...) jak się nie zapnie porządnie, to ziewający pies może sobie po prostu wyjąć żuchwę z kagańca."
- Gwóźdź programu: OBCIERA! Miał być nieszkodliwy a niestety przy dłuższym użytkowaniu zarówno Misza jak i Tiksa wychodzą ze starcia z kagańcem z obtartą kufą tuż za nosem (do krwi!). Początkowo obwiniałam obwinięcie go taśmą klejącą jednak po rozbrojeniu kagańca problem nie zniknął.
- Niewygodny. W PKP, w naszym wypadku, fizjologiczny kaganiec jest czymś absolutnie zbędnym - poruszamy się pojazdami klimatyzowanymi. Chart afgański - Ptyś - podróżuje przeważnie w luźnym kagańcu weterynaryjnym pozwalającym ułożyć głowę i posapać w razie potrzeby i takie rozwiązanie dla psów łagodnych, niegryzących, spokojnych i śpiących w podróży uważam za dobre. Natomiast psy nieobliczalne, reaktywne, pobudliwe bezwzględnie - w kagańcu uniemożliwiającym wypadki z zębami... Natomiast jest on pierońsko niewygodny dla psa, który lubi leżeć (i leży) na boku - pysk do niego wpada, kaganiec zachodzi na oczy, gniecie w bok głowy. No generalnie jedno wielkie NIE.


Misz jak widać przybiera tą samą pozycję niezależnie od tego czy kaganiec jest czy go nie ma. Faktem jednak jest, że przy braku kagańca chętniej kładzie się na boku.
- Pozwala żreć znalezione fanty. - nic dodać, nic ująć. Odkurzanie z ziemi niczym niezakłócone chyba, że przejdzie tuning.
- Pozwala szczypać inne psy - tego akurat Misz nie miała okazji sprawdzić, bo kiedy podchodzi do nas inny pies jest rozjeżdżany rowerem, natomiast słyszałam historię z zaufanego źródła o psie, który wyrwał kłaczków trochę... w baskervillu.
- Ziajanie na żądanie - w zależności od pyska twój pies otworzy pysk na maksa i sobie posapie albo na 2/3, może mniej. Miszon na przykład jako-tako sapie, Tiksa trochę mniej, jeszcze inny pies otwierał pysk na wspomniane 2/3 - na każdego kaganiec na szerokość x długość dobry.
- Cena - za takie gówno, które nie spełnia swojej podstawowej roli, z wiedzą, którą mam aktualnie nie dałabym tego co chcą sklepy (a za czwórkę chcą 55-80zł).
- Kolor - w sumie pierdoła, ale to, iż jest on dostępny tylko w trzech wariantach (czarny, przetrawiony błękit i wyrzygany róż) jest dla mnie raczej minusem.
- Ściera się. Wiadomo - normalne oznaki użytkowania, aczkolwiek przy psie trącym jak dziki wieprz o grunt czy krzaki nie śmiem przewidywać jego żywotności.
- Osamotniony incydent, ale jednak. Zdarzyło mu się samodzielnie odpiąć od plecaka i próbować uciec na nabożeństwo na Ostrowie Tumskim. Mimo prawidłowego zapięcia jak pan Bóg przykazał.

Katecheza.
Gdzie baskerville się NADAJE:
-> krótka podróż komunikacja miejską, w której jest gorąco/ciepło (więc pies może ziajać), w której akurat trenujemy/socjalizujemy (można nagradzać) a pies nie będzie chciał się wygodnie położyć i spać.

Gdzie się NIE NADAJE:
-> długa podróż pociągiem/autobusem, gdzie pies jest uwięziony w tym badziewiu przez kilka godzin.
-> długi spacer w trudnym terenie (otarcia pyska).
-> spacer w rejonach potencjalnie zaminowanych przez trucicieli/dokarmiaczy (pies wciągnie wszystko jak odkurzacz).
-> spacer z kreatywnym psem, który potencjalnie może wykombinować jak szczypnąć przez kratę.
-> pies uparty/silny/kreatywny, co do którego istnieje w miarę uzasadnione podejrzenie, że kaganiec ściągnie i/lub zje.

Czy kupiłabym znowu: HELL NO! (Dla nieanglojęzycznych: Nie ma, kurwa, szans)
Ocena: 2/10

* Z drugiej strony dałabym słowo, że Tixa swego czasu miała zapięty dobrze a i tak się go pozbyła.

Review Revised: Baskerville Ultra Muzzle


      W zasadzie chciałam zacząć długim wstępem opiewającym naszą niechlubną historię Pierwszej Petardy, ale zacznę od zestresowania Was na maksa i podkręcenia atmosfery. Gotowi?
DO SYLWESTRA ZOSTAŁO 231 DNI
     Dobrze. Teraz, kiedy już wszyscy czytelnicy posiadający psy z fobiami obsrali się ze strachu i zaczęli planować klęczenie w grochu, biczowanie, oczyszczające głodówki i odsłuchiwanie Terlikowskiego przez 10h (dziennie) w ramach pokuty mam nadzieję, że mam waszą pełną uwagę. Sprawa jest bowiem poważna, zegar wciąż tyka i plany pokuty radzę zmienić w sposób bardziej pozytywny dla Waszego teamu - położyć krzyżyk na tych niemalże pięciu miesiącach, które minęły od ostatniego Armagedonu i przygotować się rzetelnie na kolejny. Opcji w tym momencie mamy pełen wachlarz. Jednak im bardziej będziemy zwlekać tym bardziej własnym lenistwem, nieogarnięciem, brakiem samodyscypliny i nieodpowiedzialnością będziemy fundować naszemu pupilowi najgorszy czas w jego życiu.
     Bo prawda jest taka, że - jak już stwierdziłam w jednym z poprzednich wpisów - powinniśmy brać na klatę odpowiedzialność za czynniki, na które mamy wpływ a olać te, na które wpływu nie mamy. W tym wypadku więc pisanie miliona petycji i walka o zakaz fajerwerków to plan długoterminowy, na ludzi strzelających mimo tego, że to jeszcze nie czas, że zabronione i tak dalej powinniśmy mieć na dzień dzisiejszy wywalone a skupić się na tym co możemy zrobić - przygotowaniu psa na ten koszmar. W tym miejscu wycięłam cały akapit dotyczący tego jakim hipokrytą jest siedząca cały rok na dupie, nie nierobiąca w pewnym kierunku Kowalska, która czeka na gotową metodę działania, załamuje rączki, że na psa nic nie działa (bo przecież sama nic nie wymyśli, od tego są mądrale od szkolenia i Internet) a przed Sylwestrem, w trakcie i po nim puszcza w eter kurwy, życzenia urwanych rączek i petard w odbytach o wiele częściej niż delikwenci świętujący Sylwestra puszczają w niebo przyczynę zgryzoty. * Wybaczam Wam tą hipokryzję (chociaż każdego roku jest mi niezwykle ciężko to zrobić) tak jak i wybaczam ludziom bawiącym się w puszczanie fajerwerków w eter i gryzę się w język zanim poślę ich do Piekła na sto różnych sposobów.
     Wybaczam, bo wiem, że moja złość w większości bierze się z tego, iż jestem bezradna wobec reakcji mojego psa. Bo boli mnie patrzenie każdego roku na to jak bardzo chodzi po ścianach słysząc każdy huk, trzask i strzał. Na nieszczęście - nie zmienię ludzi bawiących się fajerwerkami. Na szczęście - jestem w stanie zmienić reakcję mojego psa na huk. A jako, że udało mi się w tej kwestii zdobyć jakiś odpowiednik talonu na największy balon jaki można sobie wyobrazić i coś tam jeszcze, to podzielę się - wszystkim co w tej materii uważam za słuszne.
     Pracę na tej płaszczyźnie dzielę na kilka kategorii - 0 - zajęcie się uroczymi Panami ze stoisk; I - terapia bez wspomagaczy; II - z nieinwazyjnymi wspomagaczami terapii; III - Psychotropy.
     Jest jeszcze kategoria IV - wyjazd w dzicz.
     I kategoria V - NO WAY IN HELL **

     Wejście w 2016 rok było eksperymentem na własnym psie ku dobru nauki. Przypadek sprawił, że miałam pod opieką również drugiego wrażliwego na huki i schizującego psa. O ile na przygotowanie swojego miałam rok, o tyle ten drugi przeszedł miesięczny kurs survivalowy. Misza, pomimo moich wcześniejszych planów i doświadczeń, Sylwester przeżyła bez jakichkolwiek prochów. Szaleństwo i nieodpowiedzialność, powiecie? Cóż, dla mnie to była jedyna droga do przekonania się "na sucho" czy (i jak bardzo) całoroczna praca pomogła. Jeżeli pies miałby traumę i chodził po ścianach, obstawiam, że w 2017 wchodziłaby przynajmniej na lekkich otumaniaczach, możliwe, że na psychotropach.Na szczęście okazało się, że coś w życiu prócz psucia sprzętów AGD, RTV, meblościanek, drzwi i rowerów robię dobrze i udało mi się z psem wywalczyć względny spokój.

Praca u źródła
     Okay. Wyjaśnijmy sobie coś. To nie jest do końca tak, że jestem cholernie wrednym, zawistnym i zawziętym człowiekiem, ale nie mogę się wyprzeć, że ta część mojej osobowości w sytuacjach ekstremalnych wychodzi, przeciąga się, mlaska i pyta kogo dzisiaj pogrążamy. Zupełnie przypadkiem w zeszłym roku sąsiad dał mi do ręki narzędzie pogrążania właścicieli stoisk z fajerwerkami. Otóż wyobraźcie sobie, że we Wrocławiu wcale wiele ich nie ma. Na moje zdziwienie dowiedziałam się, że w momencie kiedy jakieś się otwiera zawsze znajdzie się jakiś "zatroskany" (w tym miejscu dziękuję sąsiadowi za jego zatroskanie w naszej okolicy!), który zadzwoni na Straż Miejską i Policję, ponieważ takie miejscówki muszą spełniać pewne regulacje. Po pierwsze - pozwolenia i zabezpieczenia. Nie znam się na tym dokładnie, jestem zbyt leniwa, żeby robić dokładny research, ale generalnie musisz mieć pozwolenie na takie stanowisko, gaśnicę na składzie a samo stanowisko musi spełniać jakieś tam regulacje. I okazuje się, że we Wrocławiu nie zawsze je spełnia, więc jest zawijane. Poza tym - policja zostawia tajniaków, którzy sprawdzają czy Pan Sprzedawca sprzedaje petardy nieletnim. Za takie coś można trafić na dwa lata do więzienia, ale niektórzy ryzykują, bo wiadomo - gówniarze dźwignią tego handlu. Polecam więc bycie zatroskanym i życzliwym i podpierdalanie takich stanowisk gdzie się tylko da - niech sprawdzają, trzepią i stawiają tajniaków. w mojej okolicy to zdecydowanie pomaga. 

I - Terapia bez wspomagaczy
      Wspomagaczami nazywam wszelakie owijania, leki, feromony i inne cuda. Pisząc o terapii bez nich mam na myśli pracowanie na "czystym" psie - bez żadnych prochów, obroży z feromonami oraz owijania. 
     Misza jest zwierzęciem, które najłatwiej fiksuje się właśnie na dźwięki i błyskawicznie łapie na nie schizy. Jednocześnie jest też w miarę delikatna, szybko generalizuje, jak już się porządnie nakręci to ma problem z powrotem do równowagi, bardzo wolno spuszcza parę i się "odstresowuje", najczęściej poprzez jakieś dzikie pląsy bezsmyczowe, szalone ósemki, kradzieże zabawek i wyrzucanie ich w krzakach pośrodku niczego, czasami oszczekiwanie, ogólne rozchwianie. Jednocześnie dość szybko się uczy, fajnie łapie mimo bycia psem miękkim. W jej wypadku trzeba było znaleźć proporcje pomiędzy udzielaniem wsparcia, ignorowaniem i pozwoleniem na radzenie sobie w sytuacji samodzielnie, podbudowaniem pewności siebie oraz nauczeniem opanowania emocji. Nie wiem na ile skomplikowanie to brzmi, wiem, że gdybym ja to gdzieś czytałam nie wiedziałabym o co chodzi i jak to zrobić, więc postaram się opisać to wszystko krok po kroku. Będzie elaborat, żeby nie było, że nie ostrzegałam.
     Zaczęłam od spisania sobie Miszonowych lęków, w kwestii dźwiękowych były to: huki (petardy, ale również: trzaskające przez przeciąg drzwi, strzelające motory, ciężarówka wjeżdżająca w dziurę, uderzenie jakiegoś ciężkiego przedmiotu o podłogę, strzały na strzelnicy), syczące/psssyczące odgłosy (długie pssssst robione przez pociągi i autobusy (to chyba ma coś wspólnego z hamulcami)), nagłe pyknięcia (butelki plastikowe) i czasami niewielkie pukanie (balony, ale tylko kiedy nakłada się na to inny czynnik niepokojący - na przykład środowisko. Strzelające balony w Parku Południowym nie będą straszne, natomiast te w Rynku przyprawiają psa o zawał). W klasyfikacji tej nie ma burzy, bo ku mojemu zdziwieniu Miszon burzy się absolutnie nie boi. Niejeden spacer, rower a nawet i trening agility odbyła w burzy i nic to nie zmieniło w jej zachowaniu.
     Generalnie uporanie się/załagodzenia jednego z czynników w danej kategorii powoduje u mojego psa automatyczne obniżenie progu reakcji na inne (z tej samej kategorii) - i w ten sposób reagując mniej na strzały na strzelnicy przestałą też reagować tak mocno na huki robione przez motory, petardy i ciężarówki. Obniżenie reakcji na "psssst" gazowanych napojów, obniżyło reakcję na busy i pociągi i tak dalej, co doprowadziło mnie do najprostszego z możliwych wniosków - po prostu jedne lęki wychodzą z innych, pies generalizuje je na dane dźwięki. Widocznie w jakiś sposób są podobne. 
     Ciężko określić od czego rozpoczęłyśmy pracę. Ponieważ terapia fobii i lęków to NIGDY nie jest jeden czynnik, mam też pewne wątpliwości czy kiedykolwiek można tu mówić o stałym postępie. Pracujący ze swoimi psami pewnie zauważyli nie raz i nie dwa, że są takie pory roku, że pies nagle się cofa, zapomina wszystkiego i znowu wraca do ciemnej jaskini. Cóż, można to łagodzić, ale o tym kiedy indziej. 
     Nie chcę też wypowiadać się autorytatywnie. Mam za sobą trzy lata doświadczenia w stałej pracy z jednym fobicznym psem, tymczasową pracę nad drugim i dorywczą współpracę to tu to tam co nie czyni ze mnie profesjonalisty a jedynie specjalistę z zakresu "Miszon" ;) W poniższych metodach pracy skupię się na materiale dotyczącym fajerwerków, ale myślę, że z odpowiednimi modyfikacjami można go też stosować do innych fobii.
  • Dźwięki fajerwerków z Youtube - najczęściej polecana metoda radzenia sobie z problemem i najbardziej dla wielu właścicieli nieskuteczna. Próbowałam na różnych sprzętach (głośniki z laptopa, 2:0, 2:1, 5:1), o różnej głośności - absolutnie NIE działa. Pies nigdy nie poruszył choćby uchem przy tych próbach i ululał się lepiej niż przy dźwiękach Rammsteinu czy Lordi (Misza kocha spać przy utworach metalowych/rockowych). Jeżeli będzie działać u Ciebie - wspaniale, zaoszczędzisz sobie poszukiwania strzelnicy czy innego poligonu gdzie słychać strzały i pykanie. Zaczynamy od cichutkiego puszczenia np. przy zabawie w domu lub sesji szkoleniowej, kończymy na głośnym, głośność zwiększamy stopniowo.
Elementem niezbędnym jest nauczenie się czytania własnego psa - musisz wiedzieć kiedy Fafik jest zaniepokojony, lekko zestresowany, wystraszony a kiedy jest spanikowany. Dzięki temu nie popełnisz karygodnego błędu i nie będziesz karmić psiego strachu. Praca na smaczki jest całkiem fajna - pod warunkiem, że wykonujemy ją na psie zrelaksowanym, EWENTUALNIE lekko zestresowanym.  Nigdy za samo "jesteś, oddychasz", zawsze jest to za wykonanie jakiejś komendy (siad, stój, target, obrót itd.). Pies spanikowany nie weźmie smakołyka, psa przestraszonego w ten sposób nakręcimy dodatkowo. Ważne jest więc wyczucie czasu, znajomość własnego psa. pracując nad fobiami dźwiękowymi Miszona prawie nigdy nie używałam smakołyków. Przydały się przy tramwajach, nie przy hukach. Uznałam, że zbyt ryzykowne jest to, iż dodatkowo utrwalę w niej lęk.
     U nas przygoda zaczęła się w zeszłym roku wraz z rozpoczęciem sezonu rowerowego. Od lutego Misza powoli rozkręcała swoje umiejętności biegowe, początkowo monotonnie, bo na jednej trasie o kilku wariacjach, potem skoczyła dalej. Najważniejsze tutaj było kilka spraw: z sytuacjami stresowymi (autobus stojący na przystanku przy ścieżce) musiała poradzić sobie samodzielnie, nie zgubić mózgu a przy tym wykonywać komendy. Brak któregokolwiek z tych czynników gwarantował mój opieprz za wyprzedzanie/ciągnięcie na betonach lub stłuczkę z rowerem. Generalnie owczarkowi wystarczyło raz się wkręcić w szprychy, żeby wiedzieć jak nie należy reagować biegnąc przy torowisku, szczególnie, że nikt psa nie "ojojał", za to bardzo stanowczo rozkazał wziąć się w garść i ruszać dalej. Ważne są dwa czynniki (moim zdaniem) - nie było rozczulania się, było za to pozwolenie psu na oddalenie się ze stresującego miejsca. A to wszystko łącznie z wymaganiem od niej pracy mózgu (reakcja na komendy zwalniające, przyspieszające i kierunkowe - czyli coś prostego :)) i bez żarcia. Rozpoczęłyśmy też spacerowanie przy ruchliwej ulicy, pozwalając Miszonowi "uciec" z niej w boczną dróżkę tylko jeżeli szła ładnie przy nodze i nie ciągnęła + wykonała prostą komendę, która wykonuje odruchowo i bez specjalnego wysiłku - target ręki albo posadzenie dupki na chodniku.
     Brak żarcia, jak już wspomniałam jest ważny. Pozwolenie na bezpieczne oddalenie się z miejsca stresowego również. Równie ważne jest znalezienie aktywności, w którą pies wkręci się bardziej niż w nakręcanie się na huczącego potwora. W naszym wypadku - frisbee, rower i patyki. Dodatkowo stopniowanie bodźca - znalazłam we Wrocławiu (zupełnie przypadkiem) strzelnicę. W sumie to nawet nie jedną a kilka, i regularnie tamtędy najpierw jeździłam, żeby pozwolić Miszonowi omijać strefę zagrożenia w ruchu. Potem przez kilka treningów tam miałyśmy odcinek, w którym pies wrzucał wolniejsze tempo a na końcu zatrzymywałyśmy się na trening - aportowanie, szarpanie, frisbee, piłka i tak dalej. Strzelnica była po drugiej stronie rzeki, ale głos niósł się całkiem przyjemnie przez wodę a Miszy początkowo było wyraźnie trudniej się skupić. Po pewnym czasie (sesji było kilka, najpierw krótkich, potem dłuższych) zauważyła, że NIC się nie dzieje i odfiltrowała strzały jako niegroźne dźwięki tła. To był moment, w którym zaczęłyśmy już jeździć przez rzekę bliżej strzelnicy z tą samą metodą - pozwolić jej minąć zagrożenie w jej tempie, zwolnić, wyhamować i zamiast pozwalać nakręcać się na trzaski i pykania pozwolić jej ponakręcać się na zabawki i pracę. Problem w takim miejscu stanowi pies, który nie jest zabawowy. Tutaj kombinowałabym po prostu po ludzku na jednych sesjach treningowych wyrobienie w nim motywacji na (jakąkolwiek) współpracę z człowiekiem, a w międzyczasie właśnie robiła wszystko jak powyżej. Zamiast w ostatniej fazie przychodzić na nakręcanie się na zabawki próbowałabym przenieść sesje szkoleniowe (na przykład aportowanie) w miejsce, w którym pies jest tylko zaniepokojony, ale ciągle współpracuje. Mam nadzieję, że nie muszę mówić JAK BARDZO należy się wtedy cieszyć, chwalić, robić z siebie idiotę i jak cudownym ma być miejsce tego szkolenia. Ja byłabym w dodatku wredną małpą i zamiast nagradzać psa z ręki (no bo w końcu jak się nie bawi, to jednak trzeba użyć czegoś innego) sypałabym jackpoty w trawę.
     A skoro o tym mowa - wszelakie niuchanie jest zdecydowanie opcją na tak. Wąchanie niejednokrotnie rozluźniło mi (odrobinę, ale jednak) psa po bardzo stresującej sytuacji. Przerażenie na pysku na widok wyrzucanej w wielką trawę kiełbasy było zawsze większe niż przerażenie odległym pykaniem i pozwalało skupić się na czymś innym i oderwać od stresora.
     Tak więc wyglądała akcja z ignorowaniem i rzuceniem psa do samodzielnego radzenia sobie ze stresorem. Pozostały jeszcze dwa czynniki, które ćwiczyłyśmy i tak mimochodem: pewność siebie i wsparcie przewodnika. Pewność siebie psa i wsparcie jakie ma on w przewodniku niejako łączą się ze sobą poprzez wzgardzony trochę koncept przewodnika (czy też - przywódcy). Nie mamy psa w żadnym wypadku przewracać na glebę, butować, bić po słabiźnie. Mamy pokazać mu, że jako przewodnik w tym małym teamie mamy autorytet, że przy nas jest bezpiecznie i żadne dziadostwo nie ruszy naszego pieska kiedy jesteśmy na zmianie co łącznie składa się na ciekawy komunikat: warto z nami trzymać i warto z nami iść. Żeby to się udało, musimy być pewni siebie. Pies doskonale wychwytuje komunikaty związane z zawahaniem, strachem lub właśnie brakiem pewności. Jak tą pewność ćwiczyć w naszym wypadku podpowiada Kasia od Cookiego.  Już samo to buduje pozytywnie stosunek psa do spacerów z nami, jednak warto mu jeszcze przekazywać, że cokolwiek się nie dzieje - wokół nas jest bezpieczny rejon. Oznacza to mniej więcej tyle, że ilekroć pies znajduje się w naszym zasięgu bezpośrednim (powiedzmy do pół metra) i próbuje się obok nas/koło nas schować ODGANIAMY bezwzględnie innych natrętów. Nie można dopuścić do sytuacji, w której nasz pies ucieka pod nasz "parasol" a my pozwalamy drugiemu psu dalej nachalnie go wąchać czy zachęcać do zabawy przez co nasz burek jest zmuszony sam sobie poradzić, czasami używając zębów. Obszar koło przewodnika ma być zawsze bezpiecznym obszarem - w przypadku Miszona jest tak, że jeżeli ja jej tego nie zapewnię, ona wychodzi z pozycji podporządkowanego psa i SAMODZIELNIE próbuje zapewniać ochronę całemu teamowi odganiając i ludzi i psy. Nie tak to ma wyglądać. Jednocześnie z podnoszeniem swojej pewności siebie należy wspierać dążenie do pewności siebie u Burka :) Dajemy mu wygrywać w zabawach szarpanych, bawimy się w kształtowanie, pozwalamy myśleć, zgadywać, często i gęsto nagradzamy, nie karcimy na sesjach szkoleniowych i zastanawiamy się pięćset razy zanim użyjemy słowa "nie" podczas właśnie takich sesji kształtowania. O wiele lepiej jest zastanowić się nad własnymi ruchami, naprowadzaniem i poleceniami, uzbroić się w cierpliwość i dać psu działać.
     W kwestii wsparcia przewodnika - jest to kwestia, podobnie jak nagradzanie smakołykami, troszeczkę podchwytliwa. Ciężko jest wytłumaczyć w jakich sytuacjach psa można pogłaskać, przytulić, wesprzeć a w jakich nie. Tak samo trudno jest określić kiedy psa nagrodzić smakołykiem a kiedy nie, w momencie kiedy w grę wchodzi odwrażliwianie. Właściciel psa, który go zna, będzie widział różnicę. Jak dla mnie najważniejsze jest jedno - nie zatrzymywać się specjalnie by dać psu ochłonąć a pozwolić mu oddalić się ze stresującego miejsca. Jeżeli to zostanie spełnione możemy dać mu chwilę relaksu. Głaskając psa pamiętajcie jednak, żeby nie głaskać byle jak. Jeżeli ma to być wsparcie i droga do relaksu należy nauczyć się masować czworonoga. W nielicznych przypadkach pomaga wybicie psa (awersyjnie, poprzez zaszarżowanie na niego/zmienienie gwałtowne kierunku marszu na psa - zwał jak zwał) z zafiksowania na czynnik stresujący, ale jest to coś czego nie polecam próbować samodzielnie w domu. Takie postępowanie może nakręcić psa jeszcze bardziej i nieumiejętnie przeprowadzone zaszkodzić.

Podsumowanie: Pracujemy nad czterema czynnikami jednocześnie. Dwa z nich pomagają nam w odwrażliwianiu pośrednio (pewność siebie przewodnika i psa oraz wsparcie przewodnika) kolejne dwa bezpośrednio (bezpośrednia praca nad odwrażliwieniem bodźca, co łączy się z nauką opanowania emocji oraz radzenia sobie w sytuacji trudnej).

     II - Terapia ze wspomagaczami 
Czasami zdarzy się pies, którego życie zwyczajnie przerasta i najprostsza czynność taka jak zaparkowanie zadu na glebie w sytuacji, która dla innego zwierzaka byłaby w kategorii "zaniepokojenie" dla tego jest już w kategorii "panika". Życie i praca nad fobiami takich psów to jakby podłączyć się do interfejsu jakiejś gry video na poziomie hard. Kombinować trzeba podwójnie, wyginać się lepiej niż rosyjskie gimnastyczki tylko po to, żeby osiągnąć ćwierć tego, co osiągają w porównywalnym czasie i mniejszym nakładem wysiłku inni. 
     Nie ma słów, które wyrażają to jak bardzo kibicuję takim ludziom i podziwiam ich siłę woli i charakteru. Dla nich resocjalizacja to niemalże sport - taki bez ostrego współzawodnictwa, gdzie wszyscy zawodnicy pomagają sobie wzajemnie i każdy chce żeby temu drugiemu udało się dotrzeć do mety. Nie ma przegranych w walce o zdrowie psychiczne naszych psów. Wszyscy jesteśmy mistrzami, herosami i bohaterami. 
     Oni jednak wyjątkowo zasługują na to miano. 
     Terapia wspomagana to kilka działań/przedmiotów/zjawisk, które stanowią dodatek do powyższych czynności:
  • Sfora  - wielu behawiorystów tego nie docenia a ja wciąż nie mogę zrozumieć dlaczego. Dlaczego ignorujemy zbawienny wpływ innych, zrównoważonych, pewnych siebie psów na naszego psa. Sfora nie musi być dziką plątaniną łap i ogonów w ilości, nad którą ciężko zapanować. Czasami wystarczy jeden, dwa, trzy zrównoważone, opanowane, pewne siebie psy, żeby nasz zawahał się w swoich lękach. Wiem co mówię, Miszy upiekło to mózg w tramwaju i pomogło wystrzelić z postępem w ciągu jednej sesji O LATA świetlne. Jeżeli więc odgłosy strzelania, pykania i innego bum robią na naszym psie negatywne wrażenie nawet mimo wyjątkowo dalekiej odległości od strzelnicy i niewielkiego natężenia warto rozważyć zaaranżowanie spaceru z jego psimi kumplami. Z doświadczenia wiem, że niektóre lękliwe psy (jak Misza czy Tiksa) potrafią być specyficzne i nie wszystkie psy, które nam się wydają super są super dla naszego psa. Dlatego warto na pierwszy raz wrzucić je w towarzystwo, w którym czują się dobrze i je akceptują, dopiero potem dodawać ilość psów tak aby zwierzak nie ześwirował bardziej na widok dzikich pląsów ekstrawertyków. Wyobraźcie to sobie jego oczami - III Wojna Światowa rozbrzmiewa w tle a kumple oczadzieli do reszty, bo zamiast szukać jakiegoś bunkru to pląsają w najlepsze. No świat oszalał! ;) 
  • Body Wrap i Thundershirt - o Body Wrapie pisze dokładniej Anu. Jest to specjalna technika wiązania psa bandażem. Zwierzak w ten sposób skrępowany czuje ciągły nacisk na pewne punkty ciała i w domyśle ma go to uspakajać. Staram się Wam nie podrzucać picu, wiem od znajomych, że to działa i pomaga ich psom przetrwać wiele trudnych chwil - burze, Sylwester i sezony okołosylwestrone. Jednak warto wrapa zabierać również na trening odwrażliwiający. Najpierw jednak polecam uwarunkować go w domu - najpierw psa wymasować minimum 30 minut a potem owijać i tak przygotowanego zabierać na krótki trening odwrażliwiający. W przypadku większych psów, dostałam cynk od Karoliny Sobolewskiej, sprawdza się polarowy pas. No bo znajdźcie bandaż odpowiedni na giganta :) Thundershirt natomiast jest tzw. kamizelką antylękową. Działą podobnie jak bandaż - podobnie, ponieważ rozkłada o wiele lepiej nacisk. 
  • Obroże feromonowe, DAP, Zylkene - Kolejne wspomagacze, wszystko na bazie naturalnych wyciągów i uspokajaczy. Uwalniają zapachy (lub enzymy - Zylkene), które w domyśle mają koić psa. Takie coś jak ziołowe tabletki dla ludzi - nawet jeżeli nie pomogą to zdecydowanie nie zaszkodzą. 
  • Masaże relaksujące - magia uspokajania psów słowami nie ma szans na działanie dlatego, że używamy tego specyficznego tonu głosu w momencie kiedy psa spotykają sytuacje stresujące. Siłą rzeczy więc zaczyna kojarzyć ten okropny ton głosu wraz z okropną sytuacją. Masowanie jest czymś trochę innym. Masujemy psa codziennie, nieświadomie poprzez głaskanie. Warto zacząć robić to bardziej świadomie. Pies kojarzy masaż przeważnie z komfortową, relaksującą dla niego sytuacją, wobec czego zwykłe masowanie uszek lub karku/barków może obniżyć u niego stres wywołując pozytywne skojarzenia = relaks, spokój. 

IV - Psychotropy
 To podpunkt, który aż prosi się o stwierdzenie - nie próbować tego na własną rękę. Psychotropy uważam za ostatnią deskę ratunku, która powinna zostać skonsultowana wcześniej z behawiorystą ORAZ KOMPETENTNYM lekarzem weterynarii. Mogą być zarówno wspomagaczem terapii uprzednio wspomnianych jak i ostatnią deską ratunku przed Sylwestrem.
Aha, radzę szczerze i od serca uciekać od weterynarzy, którzy polecają sedalin. Praktyka pokazuje, że są to ludzie z nikłą wiedzą na temat dobrostanu zwierząt i jeszcze nigdy się (niestety) nie rozczarowałam. Przeważnie weterynarz polecający sedalin jest weterynarzem, który zwierzęciu prędzej zaszkodzi niż pomoże.

IV - Wyjazd w dzicz
Ty, jako opiekun Twojego psa, znasz go najlepiej i wiesz co mu pomoże a na co nie ma szans. W przypadku odwrażliwiania od huków petard próbowałabym wszystkiego, konsekwentnie, przez długie okresy czasu (nie inaczej!), jednak mając przed sobą wizję około pięciu miesięcy (bo przecież zarówno sprzedawać jak i strzelać zaczynają wcześniej niż w Sylwestra) trochę bym spanikowała. Piękną alternatywą jest odłożenie pieniędzy i w najbardziej intensywny okres fajerwerkowy wyjechać w jakieś w miarę ciche i w miarę odludne miejsce gdzie strzelania nie będzie w ogóle albo będzie o wiele mniej niż w mieście. 
 Za taką miejscówką należy rozglądać się wcześniej. Wiadomo, że wiele ludzi na Sylwestra wyjeżdża i w agroturystykach może nie być miejsca dla rezerwującego na ostatni gwizdek człowieka i jego psa. 


Godzina 00:00 - Sylwester
Największe natężenie wybuchów, eksplozji i innych świństewek w tej mini wojnie przypada właśnie w tę jedną noc w roku, warto się więc również na nią przygotować. Ja przyznaję się bez bicia, że przed Sylwestrem 2015/2016 byłam obsrana ze strachu jak wszyscy diabli. Nie tylko Misza się bała panicznie, ale przecież tymczas też miał długą historię fobii dźwiękowych (burza, odkurzacz, huki i wybuchy). Ale wiecie co? 

Dałyśmy radę :) Przed samym Sylwestrem wdrożyłam kilka działań, Wam też je polecam w nadchodzącym roku, ewentualnie z małymi modyfikacjami. Otóż:
  • Prawie skoro świt [ ;) ] poszłyśmy z Anią i Pufą na długi spacer. Misza i Tiksa wyszalały się fizycznie zanim ktokolwiek jeszcze zdążył wpaść na pomysł strzelania. Dodatkowo Tiksonator miała za zadanie nie zjeść Pufy, z czego wywiązała się na piątkę z plusem, ale strasznie ją to wykończyło. Po powrocie do domu porobiłam jeszczę chwilę za animatora kultury, żeby nie dać im pospać i godzina później posiłek - psy w kimę a ja do zoologicznego po zapas mokrej karmy. 
  • Ostatni spacer był bardzo wcześnie, w okolicach zmierzchu, kiedy już zaczęło się strzelanie, ale nie było zbyt upierdliwe i głośne. No i raczej sporadyczne. Zwierzaki załatwiły potrzeby i do domu. 
  • W domu przygotowałam bazę dla Miszona (ciemną klateczkę) i dla Tiksy (wygodne łóżeczko :)).
  • Muzyka została puszczona na tyle głośno na ile się dało bez mojego bólu głowy i ogłuszenia. 
  • Zajęłam się swoimi sprawami, w międzyczasie wrzuciłam do zamrażarki konga z mokrą karmą, poprzewlekaną jakimiś chrupkami. Trzydzieści minut przed północą kong dostał się Miszonowi, muzyka poszła odrobinę w górę a ja wzięłam się za rysowanie. 
  • Przeżyły Sylwester śpiąc, w zasadzie trochę po północy zgasiłam światło w pokoju, żeby pooglądać fajerwerki, suki zareagowały dopiero po piętnastu minutach lekkim niepokojem, więc zaświeciłam ponownie. To i tak było MEGA dużo jak na nie w ciągu jednej nocy.
Pierwszy spacer był w okolicach 5-6 kiedy wszyscy już wrócili z imprezy i spali :)
Pamiętaj! Jeżeli stawiasz na wspomagacze w postaci leków, Zylkene czy feromonów (i psychotropów też!) trzeba zacząć je podawać o wiele wcześniej przed Sylwestrem (niektóre nawet miesiąc), żeby organizm się przyzwyczaił. Z tych leków należy też spokojnie schodzić i nie odstawiać ich nagle.
POWODZENIA! 
Tik...
Tak...
Tik...
Tak...
:) 

____________________
* See that shit? Wraca jak bumerang. Trzy razy przeredagowałam, żeby nie wrzucić, ale Polak-Hejter wewnątrz mnie nie potrafił nie wrzucić tego fragmentu. #sorrynotsorry
**(tłum. "Choćby skały srały NIE rób tego")

Fajerwerki, huki, dźwiękowe fobie i jak sobie z nimi (nie) radzimy