Całkiem niedawno minął czwarty rok jak wyprowadziłam Miszona po raz pierwszy na spacer w schronisku, by potem - trochę ponad miesiąc...

   
 Całkiem niedawno minął czwarty rok jak wyprowadziłam Miszona po raz pierwszy na spacer w schronisku, by potem - trochę ponad miesiąc później - wywieźć ją w siną dal Lubuszaninem mknącym po szynach w kierunku Wrocławia. Zanim to zrobiłam długo tłukłam się z myślami, szukałam w Internecie informacji, jednak google nie wyrzuciło niczego konkretnego w odpowiedzi na moje słowa klucze "pies na studiach, wynajmowanym mieszkaniu w opcji single-never-ready-to-mingle, pokój dzielony, low budget". Rodzina kiedy usłyszała o moich planach trochę złapała się za głowę i zaczęła rzucać hipotetyczne kłody pod nogi z gatunku "a co jeżeli". I w zasadzie ja je sobie bym wzięła do serca, o ile kiedykolwiek to serce znajdę. Natomiast zmusili mnie do przemyśleń z gatunku ""najgorsze potencjalne scenariusze" i przemyślenia te skutkowały tym, że wydawało mi się, iż jestem przygotowana na wszystko. Przyznaję - wydawało mi się. 
     Generalnie, żebyście mieli wgląd na moją sytuację w tamtym czasie to wyglądała ona tak, że studiowałam na czwartym semestrze, wynajmowałam nawet nie pokój, a miejsce w pokoju (wiadomo - hajsy), a żeby jakoś ogarniać życie dorabiałam w rodzinnym mieście. Byłam w stanie odłożyć trochę pieniędzy, zrezygnować z kilku rzeczy i po prostym rachunku z kalkulatorem w ręce wyszło mi, że tak, owszem, stać mnie na psa. Dodatkowo nie miałam w mieście praktycznie żadnych znajomych a jedynie kuzyna i kuzynkę - po drugiej stronie Wrocławia. Podkreślam to tak bardzo, bo jednak są to ważne rzeczy w kontekście dalszych wydarzeń.
     No więc generalnie jak już uzyskałam zgodę od pozostałej piątki (!!!) mieszkających ze mną ludzi na psa w mieszkaniu przeszłam do działania. A potem było już tylko weselej. 

Dziczek sam w domu
     Najbardziej oczywistą sprawą jest to, że odpowiadasz za psa w stu procentach samodzielnie. Ty jesteś jedyną osobą, która może go zabrać na spacer i to niezależnie od tego jaki masz dzień. Pies może się dostosować i przeczekać twój słabszy nastrój i niechęć do spacerowania, ale sytuacja nie powinna się przeciągać w tygodnie i miesiące. Odpowiadasz za psy ty, sama, jedna. Nikt nie wyjdzie z psem na spacer za Ciebie dlatego, że masz słabszy dzień, brak siły i motywacji. Nikt nie przerobi szkolenia czy resocjalizacji, nie odrobi za ciebie danego elementu w codziennym treningu. Prawdopodobnie też nikt nie klepnie po plecach chwaląc postęp - sama musisz go zauważyć i pielęgnować. Możliwe, że odpadnie Ci integracja ze znajomymi po pracy albo wyjście z ziomkami ze studiów tuż po zajęciach - bo jednak tam w domu kiśnie pies i czeka aż ktoś wróci a on będzie mógł w końcu wyjść. Mniej decyzji w Twoim życiu może być spontanicznych, głównie przez to, że trzeba w nim uwzględniać również psa. Co więcej - jeżeli nagle zachoruje to Ty musisz zadbać o weterynarza, zaprowadzić zwierzę i przyprowadzić do domu. Niby logiczne, ale ostatnio zdziwiłam się, niosąc siedemnaście i pół kilo Miszka na przystanek. Kto by pomyślał, że siedemnaście kilo to aż tak dużo. Psa po zabiegu oddano mi chodzącego, wybudzonego... Tylko nie mającego na to za bardzo pomysłu i motywacji co kończyło się kilkoma krokami w przód i półgodzinną rozkminą na temat tego jak srogie są te imprezy u Doktora, że tak mocno sieką. Innym razem zatruła się czymś w wakacje i była tak smutna, apatyczna i słaba, że wycieczka do weterynarza również odbyła się z psem pod pachą komunikacja miejską. No co by nie powiedzieć - brak auta ssie. ale ssie też inna sprawa - w obu tych wypadkach konieczne było wolne na żądanie, bo psa trzeba zanieść, przyprowadzić, monitorować. Nie ma nikogo innego kto zrobi to za nas.
     To samo ze zniszczeniami - cokolwiek nie zostanie zastane po przyjściu do domu to Ty jedna to sprzątasz, za własne pieniądze odkupujesz sprzęty.

Mieszkanie
     Kwestia wynajmu mieszkania z psem to temat na osobny wpis. Te emocje, te napięcia, ta wielowątkowa narracja pełna klęsk, katastrof i ludzkich dramatów sprowadzająca się do "ogłoszenie nieaktualne", "współlokator ma alergię na psa" oraz "sorry, w castingu na lokatora, wybraliśmy opcję bezzwierzęcą". Ta wizja mieszkania w kartonie nad Odrą. Eh, aż się łezka wzruszenia w oku kręci. Osobiście zawsze na mieszkaniu starałam się oszczędzić tyle ile się da, więc przeważnie wybierałam opcje dzielenia pokoju z obcym człowiekiem, najczęściej mieszkałam w warunkach średniawych, ale kompletnie mnie to nie obchodziło. Moim priorytetem było to, żeby było łóżko (albo jakiś materac - whatever), niska cena, pralka, kibel i jakieś miejsce, żeby się opłukać. Spoko ludzie i sąsiedzi byli zawsze miło widzianym dodatkiem. W domu nie spędzałam przeważnie zbyt wiele czasu - ciągle byłam na uczelni, w drodze, na spacerze z psem. A kiedy już siedziałam to musiałam się uczyć. Jednakże nawet mając tak niskie wymagania znalezienie mieszkania, w którym ludzie (czyli przeważnie lokatorzy ORAZ właściciel) zgodzą się na psa było koszmarnie ciężkie. Porównanie miałam z okresu, w którym szukałam dachu nad głową bez czworonoga - wtedy znalazłam raczej prędko, nie bojąc się, że spać będę na ulicy błotnej pod numerkiem zachlapanym. 
     Alternatywą jest wynajem pokoju, czyli tzw. "jedynki", ale koszta wtedy znacznie rosną. Ja pod tym względem jestem strasznie skąpa i nie widzę powodu, żeby płacić prawie/ponad 300zł więcej za mniejszy metraż i rzekomą prywatność. 
     Z mniej istotnych rzeczy - do przeprowadzki w naszym wypadku doszło kilka gratów - torba z rzeczami Miszka i klatka.
W zdrowiu i chorobie
     Ta kwestia jest szalenie istotna a jeszcze nigdy nie spotkałam się z tym, by ktokolwiek ją poruszał. Ludzie, których wypowiedzi/blogi/porady czytałam żyli przeważnie z partnerami lub w dobrej komitywie ze współlokatorami, lub mieli znajomych w mieście. Ja natomiast miałam na to kompletnie wywalone. Nie jestem mrukiem, ale nie jestem też człowiekiem na chama szukającym przyjaciół. Wcześniej mieszkałam rok z hardcorową introwertyczką i bywało kilka dni pod rząd (czasami i tydzień) kiedy zamieniałyśmy ze sobą tylko "cześć-cześć, co tam, w porządku?" i każda szła w swoje obowiązki. Przywykłam do takiego stylu bycia, szanowałam cudzą przestrzeń i lubiłam się wyciszać, ale nie zamykałam się jakoś szczególnie na innych ludzi i ze współlokatorami żyłam raczej dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, że przez pierwsze dwa i pół roku z Miszonem byłam praktycznie sama w kwestii dorywczych spacerów w ciągu dnia i moim szczęściem jest to, że praktycznie nie choruje poważnie. To, co mnie najczęściej łapie to przeziębienie - zrzucam to też na karb tego, że rzadko używam komunikacji miejskiej, nie szlajam się po centrum, nie przepadam za tłocznymi miejscami, więc nikt na mnie nie kicha i nie prycha. 
     Mimo to, raz na jakiś czas zdarzy się, że połozy mnie gorączka. I "położy mnie" to idealne wyrażenie, ponieważ mój organizm zawsze znosi to w gówniany sposób i przejście z temperaturą 38.8 do toalety jest wyprawą dłużą niż ta Odyseusza. Nie mam siły, mięśnie mają wyjebane na mózg i jego rozpaczliwe "no weź się skurcz", leżę sobie, śpię przez cały czas z przerwami na toaletę i łykam proszki. Taki stan trwa maks 48h (no bo ileż można spać) a potem znowu radośnie, acz odrobinę słabo, brykam jak młode jagniątko. 
     I widzicie, w tym szaleństwie nie ma metody - sytuacja jest zawsze przegrana i w moim wypadku nie ma kompromisów - boli czy nie boli, z psem wyjść trzeba, no bo kto inny to zrobi? I szura taki dziczek, zakutany w łachy, z psem, wyraz nędzy i rozpaczy - gdybym szła z kubeczkiem od Theraflu ludzie rzucaliby drobniaki a gołębie chleb. 
     Moje szczęście w nieszczęściu jest takie, że Miszon to szalenie kumaty pies i jak tylko widzi, że walczę z temperaturą to błyskawicznie załatwia swoje obowiązki na dworze i ciągnie do domu, a w chacie siłą z łóżka nie jestem w stanie jej wyrzucić (bo tej siły nie mam) i odpuszcza dyżur tylko wtedy kiedy szura uzupełnić płyny. 
     Wyprowadzanie psa przez znajomych w takiej sytuacji ma sens głównie kiedy mieszkają blisko albo w tym samym mieszkaniu. Moi zazwyczaj byli po drugiej stronie miasta, pracujący - trzeba było sobie radzić samodzielnie.
     Warto też przemyśleć kwestię swojej czasowej niedyspozycji - złamania, rehabilitacje, szpital. Kiedy funkcjonuje się samemu i chce się zwierzaka takie rzeczy są szalenie istotne, i chociaż nie zdarzają się często, warto mieć zawczasu plan A i B na miarę swojego budżetu, na wszelki wypadek.
     
 
Wyjazdy
     Uwzględniam je osobno, bo i sprawa jest trochę inna niż ta kiedy chorujesz. Generalnie w moim odczuciu łatwiej jest dogadać się ze znajomymi na przygarnięcie twojego psa na kilka dni niż na dojazd do twojego domu i wyprowadzenie gada. Sytuacja jest wtedy planowana - dużo wcześniej wiemy, że będziemy jechać, więc i wcześniej można rozglądać się za opieką dla futra. Samo planowanie podróży musi przebiegać odrobinę inaczej, trzeba uwzględnić dostarczenie i odebranie psa pod opiekę, czasami wiąże się to z podróżą do sąsiedniej miejscowości - kogo stać, ten oddaje psa do dobrego hotelu. Akurat tutaj życie mnie specjalnie postanowiło nie chłostać i przeważnie spadałam jak ten kot - na cztery łapy - a Miszonowi znalazła się jakaś ciocia, która wyprowadziła ją pod moją nieobecność. 
      I, oczywiście, można zabrać psa ze sobą. Jednakże na Woodstock, Jarocin czy inny kilkudniowy festiwal muzyczny wolałam jej nie targać. Natomiast moje cotygodniowe wycieczki w rodzinne strony były zbyt częste by petsitter bądź hotel wchodził w grę, rezygnacja z nich odpadała ze względów finansowych - sytuacja trochę patowa, szczególnie dla kogoś kto nie ma znajomych a czyj pies śmiertelnie boi się pociągów. 
     I przyznam szczerze, że w przypadku psa adoptowanego przewidywałam wszystko - że będzie niszczył, szczekał, wył, załatwiał się w domu, marudził na jedzenie, nie chciał pracować, że może okazać się agresywny, terytorialny bądź zaborczy. Ale fobii dźwiękowej i komunikacyjnej kompletnie nie przewidziałam i zarówno Sylwester jak i schiza na autobusy, tramwaje i pociągi wzięła mnie z zaskoczenia uniemożliwiając i przekreślając wiele planów i marzeń.
    
Studia/praca
     Nie czarujmy się - to nie jest tak, że tylko ludzie pracujący z domu i bezrobotni mają psy. Pewnie, że idealną sytuacją jest ta, w której zwierzak zostanie sobie sam w domu jedynie na te 3-4h, ale wątpię by była to choćby połowa psów w polskich domach. Osobiście darzę Miszona jakimś tam uczuciem, ale uważam, że moje życie i tak jest już wystarczająco zmodyfikowane pod psa, żebym jeszcze rzucała wszystko w cholerę byle ona nie siedziała sama. Szczególnie, że nawet kiedy jesteśmy razem ten czas spędza śpiąc. Wobec czego nie dajmy się zwariować i zakrzyczeć dogociotkom. Jeżeli pies nie ma problemów z zostawaniem, nie wyje, nie niszczy a jedynie wgapia w nas smutne ślepia przy wyjściu, to nie ma się co zadręczać. W moim wypadku srogi problem robi się dopiero w momencie kiedy idę na 12h do pracy, bo razem z dojazdami nie ma mnie w domu jakieś 13.5-14h. Był taki rok, że nie było mnie w domu około 18h. W drugim przypadku psa wyprowadzała moja współlokatorka. Podczas mojej nieobecności krótszej - czyli w przedziale 12-14 - staram się, żeby ktoś ją wyprowadził przynajmniej na jeden spacer. Zaszokuję nawet jeszcze bardziej - ponieważ po tak długich zmianach jestem przeważnie zdechnięta - nie ma w taki dzień nawet co marzyć o długim spacerze i jej aktywność fizyczna to spacer po osiedlu i do domu.
    Kiedy studiujesz sytuacja może być odrobinę lepsza. Mimo, że niektóre zajęcia trwają od rana do zmierzchu to często zdarzają się okienka, niektóre uczelnie pozwalają przychodzić na zajęcia z psami. Więc teoretycznie jeżeli ma się mieszkanie blisko uczelni można temu jakoś zaradzić, jeżeli nie, to pies ma te kilka dni w tygodniu kiedy zapomina praktycznie jak wyglądasz i stwierdza permanentne porzucenie. Do tego dochodzi sesja, podczas której czasu jest jednocześnie więcej i mniej - wiadomo. Nic tak nie działa na produktywność jak długi spacer. 
     Patrząc na to z perspektywy czasu - jeżeli moje studia miałyby podczas kolejnych czterech lat być zapierdzielem po 12h przez większość tygodnia nie wzięłabym psa akurat w takim semestrze tylko odczekała aż nastąpią luźniejsze. 
     Da się pogodzić studiowanie oraz pracowanie z samotnym posiadaniem psa, jednakże należy wtedy jednak zastanowić się nad organizacją dnia - albo petsittera.

Szkolenie
     Teraz trochę jasna strona życia - co sobie wymyślisz to zrealizujesz, nikt ci się w psa i jego wychowanie nie wsadza, nie podkarmia, nie psuje jeżeli o to poprosisz.
      Mieszkając w pokoju jedynce czy kawalerce sprawa rozwiązuje się sama - większa kontrola i brak nieproszonych rąk do karmienia, głaskania czy wychowywania. 

Budżet
     Od początku uparłam się, że skoro pies to mój kaprys to będzie utrzymywany z mojej kieszeni. I rzecz niby oczywista, ale - jedzenie dla psa w domu się nie pojawi, dopóki go nie zamówisz, nagły weterynarz pod koniec miesiąca tez powinien być uwzględniony w budżecie, szczególnie jeżeli nie masz od kogo pożyczyć $$ w razie jakiegokolwiek wypadku.

     Generalnie posiadanie psa, który jednak jest dosyć wymagającym zwierzakiem, w całkowitą pojedynkę jest możliwe i pocieszne. O zaletach życia z psem, z mojej perspektywy, pisałam już wcześniej. Razem z Miszonem żyjemy w takim układzie już czwarty rok - przerobiłyśmy mieszkanie z ludźmi, którzy w dupie nas mieli, brak znajomych, sytuacje podbramkowe, mieszkanie z ludźmi, których traktowałyśmy jak przyjaciół, studia i pracę, studia, dojazdy, minimum cztery przeprowadzki, trzy gorączki, dwunastogodzinne zmiany, pracę na pełen etat, spacerowanie z półżywą po pracy mną i targanie psa na rękach do i od weterynarza.  Jednak należy zwrócić też uwagę na kilka istotnych faktów - Miszon nie niszczy, nie wyje, nie brudzi w domu, ma piękny on/off i należy ją zaliczyć raczej do bezproblemowych przypadków (zdarza jej się ( :D ) japić na wchodzących do mieszkania ludzi, kłaczy i kradnie chleb ze stołu...). Nie wyobrażam sobie takiego życia z psem, który ma lęk separacyjny, jest agresywny w stosunku do obcych mu ludzi, niszczy czy brudzi. Najważniejsze jest jedno - musisz nie tylko myśleć o psie, ale przede wszystkim podporządkować pod niego trochę twoje własne życie, robić szybką ocenę sytuacji i ustalać priorytety. A kiedy wynajmujesz - nie szkodzić innym.

Miałam uraczyć Was blaskiem mojego geniuszu szkoleniowego, wpisem merytorycznym, tchnieniem opiniotwórczym i możliwością potaplania się odr...

Miałam uraczyć Was blaskiem mojego geniuszu szkoleniowego, wpisem merytorycznym, tchnieniem opiniotwórczym i możliwością potaplania się odrobinę w cieniu mojego splendoru.
A potem zaczęłam tworzyć ten tekst, który miał zmienić zdanie tych milionów, które mnie czytają.
     I zaczęłam pisać przypisy, żeby "Ci nowi" co zaplątają się tutaj przypadkiem to nie opluli klawiatury zbulwersowani i zagubieni w mojej logice. Klawiatura to rzecz ważna a jej wymiana nie jest tania, szczególnie, że większość z tych szkoleniowych mistrzów jest na utrzymaniu rodziców.
     Więc w trosce o portfele rodziców, klawiatury i nerwy własne oraz cudze zrobiłam też kilka przypisów dotyczących przypisów. 
     Na koniec natomiast wyszły mi z tego dwie zajebiście sarkastyczne strony adnotacji, stwierdziłam, że szkoda czasu, bo na zewnątrz właśnie przestało wiać, temperatura osiadła gdzieś w okolicach minus ośmiu stopni, słońce schowane a lód na ścieżkach spacerowych zaczął się błyszczeć. Idealna alternatywa. Więc poszłam z psem na spacer. Zawsze lepsze to niż popełnianie kolejnego gwałtu na interpunkcji.
     Musicie natomiast wiedzieć tutaj, że ja ponad pół roku temu zdecydowałam się naprawić moje największe życiowe błędy (i zrobić kilka nowych) co sprowadza się do tego, że kiedy tylko skończyły się ostatnie zajęcia na mojej uczelni spakowałam wszystko w kartony i wyniosłam się do wielkopolski. Nie zrozumcie mnie źle, Wrocław całkiem spoko. Na mojej liście spoko rzeczy mieszkanie we Wrocławiu plasuje się gdzieś pomiędzy leczeniem kanałowym u pijanego dentysty z zamiłowania i pasji (a niekoniecznie z wykształcenia) a dietą. Wiadomo - jedni mają Radom, inni Sosnowiec, mnie przypadł w udziale Wrocław, którego największą zaletą jest to, że ma granice administracyjne, które gdzieś się kończą i całkiem sensowne skomunikowanie z resztą świata - można z niego wyjechać pociągiem, autobusem, autem, rowerem, hulajnogą a nawet wylecieć samolotem. No i nie trzeba na to wizy. Miód malina.

To ja kiedy przyjezdni mówią, że ten pierdolnik jest nawet spoko i chyba tu zamieszkają
    Domyślam się, że załapaliście ideę. A teraz wyobraźcie sobie, że zupełnym przypadkiem w tym samym czasie kiedy ja pojechałam do wielkopolski na jednodniową przygodę z szukaniem mieszkania (znajdę to się przeprowadzę - nie znajdę to i tak się przeprowadzę, ale może w inne rejony Polski) pewne mieszkanie szukało lokatora. I to nie byle jakie mieszkanie, bo usytuowane w miejscu, w którym poranne spacery można odbębnić bezsmyczowo, do centrum miasta jest dziesięć minut rowerem a do centrum niczego pośrodku pola dziesięć minut piechotą. Dodać do tego jeszcze, że sama miejscówka wydawała się cicha i spokojna, z daleka od zgiełku, którym rzygałam po dwóch latach egzystencji koło akademików a potencjalny współlokator zdradzał miłość do Wrocławia podobną do mojej.     
No raczej.
     I tak sobie ostatnio przemierzam z Miszonem Centrum Niczego. I ja tak sobie tuptam, i Owczarek sobie tupta. I ja tak sobie ją czasami wołam i karmię kiełbasą albo króliczym bobkiem zwanym Brit Care a Miszon czasami przychodzi i sobie szama, i wszyscy są szczęśliwi. I tak sobie myślę, że w zasadzie to Ci ludzie od Owczarków to tacy farciarze trochę, bo te ich psy to taki mądrale na splendorze. Zupełnie jak właściciele. No chyba, że wpadną na jakiś głupi pomysł, jednocześnie będąc przekonane o jego absolutnej zajebistości. To wtedy nie. 
     No i odkąd Miszek mieszka sobie w miejscu pełnym zajęcy, bażantów, łani podchodzących pod dom z rana (nie żartuję), jeleni pryskających po krzaczorach kilka metrów od ścieżki, lisów przebiegających drogę i dzików buszujących nad ranem pod osiedlową Żabką i uniemożliwiających jej otwarcie to sobie taki Miszek wpadł na pomysł, że ona może być kim chce i będzie płochaczem.
     No chyba nie. W taki oto sposób tydzień temu zeszła z linki treningowej, pięknie rezygnowała mi z wpadania w wysoką trawę i nękania bażantów, a odkąd język przymarzł jej do ścieżki po tym jak próbowała oderwać z niego kupę jakiegoś stworka to przestała nawet zerkać w kierunku apetycznych gówien. Okej, to ostatnie to akurat żart, ale mam nadzieję, że chociaż przemyślała gruntownie swoje postępowanie i jakoś sobie skojarzyła, że lizanie zimą lodu to nie jest jakiś turbogenialny pomysł. Kogo ja chcę oszukać.
     Idziemy więc sobie dalej, długo idziemy, bo droga którą zmierzamy jest dosyć długa. I nagle jak nie usłyszę, że mi coś takim cienkim głosikiem szczeknie w wysokiej trawie! Potem drugi. Myślę sobie - pewnie z domków jednorodzinnych nieopodal się niesie, ale w sumie - sprawdzę, bo dlaczego nie? Schodzę więc ze skrzącego się chodnika jak ta Dorotka z żółtej ścieżki, mój dzielny Toto w siódmym niebie, bo czuje, że przygoda czeka tuż za rogiem. I tak się rozglądam czy gdzieś w jakiś krzaczorach nie siedzi kompletnie oczadziały z zimna piesek. I tak sobie idę przez nierówny teren - jakieś usypane kopczyki, jakieś dołki, ale nic to. Kompletne zadupie, trawa do pasa, krzaczki to tu to tam, ale widzę, że kilometr dalej przed Nami, więc w sumie blisko, jest już ścieżka. Wiec po co się wracać skoro można pocisnąć spacer w miejscu, w którym pies sobie powącha a my może - MOŻE - złamiemy sobie nogę i będzie wypisz wymaluj L4. Mnie takich rzeczy dwa razy powtarzać nie trzeba, ja zawsze jestem chętna na przygody, jak się okazuje Miszon również.
     Tutaj pragnę zaznaczyć, że to nie jest tak jak Wam się wszystkim wydaje - to nie tak, że Miszon to taka lękliwa pizdeczka. Ona ma w sobie serce lwa, cztery żołądki krowy i mózg kanarka co sprowadza się w praktyce do tego, że bardzo szybko ładuje się w bardzo dziwne sytuacje. I tak było też tego dnia, bo oto hasa sobie niczym beztroski baranek po łące i nagle widzę, że hasa jakoś tak dalej ode mnie i zerka czy ja zerkam i zanim zdążę ryknąć, że "Tuten teraz naten tychmiast DO MNIE!!!" pies - dzida w trawę i tyle ją widziałam. Zmówiłam szybka modlitwę by bażanty poderwały się do lotu zanim mój lotny umysłem pies potknie się o nie w tej trawie i naderwie jakiś mięsień, bo ja już jestem ósmy dzień po wypłacie, ja nie mam za co iść do weterynarza i płacić za rehabilitacje. Ledwie zdążyłam w myślach stwierdzić "amen" a moje modlitwy zostały wysłuchane i to nawet bardziej niż bym chciała. Bo oto pięćdziesiąt metrów ode mnie do lotu poderwało się jak nic dwieście pięćdziesiąt kilo dzika wielkości sporego kuca a za tym dzikiem ile pary w łapach jakiś mały, biały cherlawy zajączek, który musiał być moim psem. 
     Oczywiście. Klikera się boi, na widok plastikowej butelki klepie sobie miejsce na cmentarzu i zamawia wieniec "ostatnie pożegnanie", autobus który zawsze wiezie ją na zajebiste spacery jawi się jej jako ostateczna kara z nieba i zwiastun Apokalipsy. 
     No ale dzik? Dziki są zajebiste, wiadomo. I tak sobie stoję i podziwiam, trochę mi mowę odebrało, bo ja w sumie odkąd się tutaj wprowadziłam to chciałam dzika zobaczyć, ale bardziej to sobie wyobrażałam w innej scenerii - ot, wstaję w nocy do pracy. Godzina 1:00, wyglądam przez okno a tam pod klatką taka cała świta honorowa ryje sąsiadce kwiatki. Dzwonię po urlop na żądanie i idę spać dalej. 
     Ale nie, oczywiście, że nie dla mnie taki hepi end i prezent od życia.
    Widzę, że pies powoli bawi się w pasienie i w duchu gratuluje mu tej pasji, bo w sumie może zostać kim chce to niech już zostanie border collie, ale na litość boską, nie może ćwiczyć na czymś mniej inwazyjnym - a bo ja wiem, pająkach w domu? Małych pieskach sąsiadów??? I dzik tak zasuwa sobie po łuku a moje oczęta coraz większe bo jakoś tak widzę pewien punkt przecięcia trasy dzika i Dziczka. Cała akcja trwa dosłownie trzy sekundy zanim huknę "MISZ DO MNIE!!!". Pies tak niby zwalnia, już powoli sobie przypomina, że surowego nie je a poza tym gdzie my tyle mięsa upchniemy w zamrażarce jak tam się ledwo moje pierogi mieszczą. Myśli, myśli, wymyśliła - zawraca w kierunku parówek po emocjonującym trzymetrowym pościgu, który trwał całą wieczność. A ja tak sobie myślę, że wracanie po własnych śladach to żaden wstyd a linę to tak jeszcze miesiąc będzie targać na tej chuderlawej szyi. 
A w związku z tym, że jednak był hepi end to Miszon i Yoko w Centrum Poznania na osłodę.

         Baskerville aktualnie jest na polskim rynku jedną z nielicznych alternatyw dla ciężkiego, topornego fizjologa chopo. I jako je...

   
     Baskerville aktualnie jest na polskim rynku jedną z nielicznych alternatyw dla ciężkiego, topornego fizjologa chopo. I jako jego lżejszy odpowiednik jest dosyć chętnie wybierany, na nasz wieszak trafił prawie półtorej roku temu i myślę, że w końcu czas na konkretne podsumowanie dotyczące tego kagańca. Poprzednie powstało raptem po tygodniu użytkowania, jednakże jak na test przeprowadzany w tak krótkim okresie czasu był zadziwiająco trafny.
     Powtórzmy więc jeszcze raz jakie parametry ma mieć Miszonowy kaganiec: 
- Ma być lekki i wygodny. -  Misz w kracie biega przy rowerze, jeździ pociągami i autobusami oraz penetruje luzem okolicę. Czyli ogółem - trochę czasu w nim spędza. Nie może przeszkadzać i ocierać.
- Ma pozwalać jej ziajać.  - Patrz wyżej. Picie w kagańcu uważam za zbędny dodatkowy atut. Do tego jej kratę po prostu ściągam.
- Ma uniemożliwiać żarcie z ziemi i szczypanie/gryzienie - kaganiec nie jest dla ozdoby, ma pełnić konkretne, okreslone funkcje. W naszym wypadku - uniemożliwiać psu opier.alanie porzuconych hot dogów z papierkiem, kup, chlebów i potencjalnych trutek. Jako, że Misza to Misza i szybko się wkurwia na natarczywe/pokazujące jej zęby/kręcące się koło jej rzeczy (lub będące borderem :D) psy - kaganiec ma też uniemożliwiać zagryzanie.

     A dlaczego padło na Baskerville? Powód prosty - kaganiec teoretycznie nieściągalny co było ważne u Miszona, ponieważ potrafiła zgubić kratę w krzakach lub przy otrzepywaniu się.

     Czas więc najwyższy rozliczyć go krok po kroku i konkretnie. Zacznijmy od plusów... ponieważ jest ich mniej.
+ Baskerville wyprodukowano z gumy - oznacza to iż jest lekki. Można nim też wyginać na wszystkie strony i nie boli tak bardzo jak pies uderzy nim w łydkę lub piszczel. Moja obawą był zapach, zupełnie niesłusznie - guma, z której zrobiono kaganiec nie śmierdzi. Lekkość i elastyczność niesie dodatkowe korzyści, które zauważyłam podczas okresu użytkowania - jeżeli akurat nie chcę, żeby obijał mi się o tyłek wisząc z plecaka mogę go zgnieść i upchnąć gdzieś w środku. Waży tylko 120g (Baskerville Ultra Muzzle rozm. 4), więc jeżeli tak jak ja nie lubisz nosić na plecach zbędnego ciężaru a nie możesz zaserwować swojemu psu akurat szmaciaka to ta krata raczej cię usatysfakcjonuje.
+ Jego budowa faktycznie umożliwia psu ziajanie. Jest to szalenie ważne w momencie kiedy zwierzak - tak jak Misza - biega w nim przy rowerze. Jednakże to jak bardzo pies może się schłodzić zależy już od tego jaki jest to pies o czym powiem za chwilę.
+ Nie przesuwa się na psim pysku.
+ Miszon bardzo szybko się do niego przyzwyczaiła. Miłości między nimi nie ma, ale nienawiści również brak.
+ Nie blaknie. Czerń dalej jest czernią.
     ...I to tyle w kwestii zalet Baskervilla. Najistotniejszy jest dla mnie punkt pierwszy i drugi i na nie radzę zwrócić uwagę, ponieważ reszta to w istocie (przyznaję bez bicia) dodatki, które wyszły w praniu nieistotne "dla sprawy".

     Natomiast wad mamy o wiele więcej. Gotowi? No to start.
- Dobieranie rozmiaru. Kto próbował ten wie, że rozmiarówkę Baskervilla opracował sam Szatan i to opracował ją chyba na podstawie Cerbera i kilku przedstawicieli Dzikiego Gonu. Nie ma bowiem innego wyjaśnienia na to dlaczego jest ona tak podstępna. Na niektóre psy Baskerville może nie pasować wcale - być za szeroki, za długi bądź za krótki. W przeciwieństwie do Chopo nie wchodzi w grę zwężenie bądź rozszerzenie przez dociśnięcie lub rozgięcie kagańca. Producent wspomina, że można go modelować przez wygotowanie (?). Cóż, zdesperowanym pozostawię zaszczyt próby.
- Łatwiejszy w destrukcji niż plastiki czy metale. Zolinka swój unicestwiła.
- Jednak ściągalny. Chociaż wymaga to ode mnie złego zapięcia kraty (dania psu za dużo luzu)* i trochę wysiłku Miszona. Pasek zapinany na górze kagańca jest o kant dupy rozbić. Podnosi kaganiec do góry, dziwnie go układa na pysku, źle się wpina w pasek, w który powinno się go wpinać - ostatecznie z niego zrezygnowałam.
 Weronika Kusaczuk: "(...) jak się nie zapnie porządnie, to ziewający pies może sobie po prostu wyjąć żuchwę z kagańca."
- Gwóźdź programu: OBCIERA! Miał być nieszkodliwy a niestety przy dłuższym użytkowaniu zarówno Misza jak i Tiksa wychodzą ze starcia z kagańcem z obtartą kufą tuż za nosem (do krwi!). Początkowo obwiniałam obwinięcie go taśmą klejącą jednak po rozbrojeniu kagańca problem nie zniknął.
- Niewygodny. W PKP, w naszym wypadku, fizjologiczny kaganiec jest czymś absolutnie zbędnym - poruszamy się pojazdami klimatyzowanymi. Chart afgański - Ptyś - podróżuje przeważnie w luźnym kagańcu weterynaryjnym pozwalającym ułożyć głowę i posapać w razie potrzeby i takie rozwiązanie dla psów łagodnych, niegryzących, spokojnych i śpiących w podróży uważam za dobre. Natomiast psy nieobliczalne, reaktywne, pobudliwe bezwzględnie - w kagańcu uniemożliwiającym wypadki z zębami... Natomiast jest on pierońsko niewygodny dla psa, który lubi leżeć (i leży) na boku - pysk do niego wpada, kaganiec zachodzi na oczy, gniecie w bok głowy. No generalnie jedno wielkie NIE.


Misz jak widać przybiera tą samą pozycję niezależnie od tego czy kaganiec jest czy go nie ma. Faktem jednak jest, że przy braku kagańca chętniej kładzie się na boku.
- Pozwala żreć znalezione fanty. - nic dodać, nic ująć. Odkurzanie z ziemi niczym niezakłócone chyba, że przejdzie tuning.
- Pozwala szczypać inne psy - tego akurat Misz nie miała okazji sprawdzić, bo kiedy podchodzi do nas inny pies jest rozjeżdżany rowerem, natomiast słyszałam historię z zaufanego źródła o psie, który wyrwał kłaczków trochę... w baskervillu.
- Ziajanie na żądanie - w zależności od pyska twój pies otworzy pysk na maksa i sobie posapie albo na 2/3, może mniej. Miszon na przykład jako-tako sapie, Tiksa trochę mniej, jeszcze inny pies otwierał pysk na wspomniane 2/3 - na każdego kaganiec na szerokość x długość dobry.
- Cena - za takie gówno, które nie spełnia swojej podstawowej roli, z wiedzą, którą mam aktualnie nie dałabym tego co chcą sklepy (a za czwórkę chcą 55-80zł).
- Kolor - w sumie pierdoła, ale to, iż jest on dostępny tylko w trzech wariantach (czarny, przetrawiony błękit i wyrzygany róż) jest dla mnie raczej minusem.
- Ściera się. Wiadomo - normalne oznaki użytkowania, aczkolwiek przy psie trącym jak dziki wieprz o grunt czy krzaki nie śmiem przewidywać jego żywotności.
- Osamotniony incydent, ale jednak. Zdarzyło mu się samodzielnie odpiąć od plecaka i próbować uciec na nabożeństwo na Ostrowie Tumskim. Mimo prawidłowego zapięcia jak pan Bóg przykazał.

Katecheza.
Gdzie baskerville się NADAJE:
-> krótka podróż komunikacja miejską, w której jest gorąco/ciepło (więc pies może ziajać), w której akurat trenujemy/socjalizujemy (można nagradzać) a pies nie będzie chciał się wygodnie położyć i spać.

Gdzie się NIE NADAJE:
-> długa podróż pociągiem/autobusem, gdzie pies jest uwięziony w tym badziewiu przez kilka godzin.
-> długi spacer w trudnym terenie (otarcia pyska).
-> spacer w rejonach potencjalnie zaminowanych przez trucicieli/dokarmiaczy (pies wciągnie wszystko jak odkurzacz).
-> spacer z kreatywnym psem, który potencjalnie może wykombinować jak szczypnąć przez kratę.
-> pies uparty/silny/kreatywny, co do którego istnieje w miarę uzasadnione podejrzenie, że kaganiec ściągnie i/lub zje.

Czy kupiłabym znowu: HELL NO! (Dla nieanglojęzycznych: Nie ma, kurwa, szans)
Ocena: 2/10

* Z drugiej strony dałabym słowo, że Tixa swego czasu miała zapięty dobrze a i tak się go pozbyła.