Całkiem niedawno minął czwarty rok jak wyprowadziłam Miszona po raz pierwszy na spacer w schronisku, by potem - trochę ponad miesiąc...

Silna i niezależna!

   
 Całkiem niedawno minął czwarty rok jak wyprowadziłam Miszona po raz pierwszy na spacer w schronisku, by potem - trochę ponad miesiąc później - wywieźć ją w siną dal Lubuszaninem mknącym po szynach w kierunku Wrocławia. Zanim to zrobiłam długo tłukłam się z myślami, szukałam w Internecie informacji, jednak google nie wyrzuciło niczego konkretnego w odpowiedzi na moje słowa klucze "pies na studiach, wynajmowanym mieszkaniu w opcji single-never-ready-to-mingle, pokój dzielony, low budget". Rodzina kiedy usłyszała o moich planach trochę złapała się za głowę i zaczęła rzucać hipotetyczne kłody pod nogi z gatunku "a co jeżeli". I w zasadzie ja je sobie bym wzięła do serca, o ile kiedykolwiek to serce znajdę. Natomiast zmusili mnie do przemyśleń z gatunku ""najgorsze potencjalne scenariusze" i przemyślenia te skutkowały tym, że wydawało mi się, iż jestem przygotowana na wszystko. Przyznaję - wydawało mi się. 
     Generalnie, żebyście mieli wgląd na moją sytuację w tamtym czasie to wyglądała ona tak, że studiowałam na czwartym semestrze, wynajmowałam nawet nie pokój, a miejsce w pokoju (wiadomo - hajsy), a żeby jakoś ogarniać życie dorabiałam w rodzinnym mieście. Byłam w stanie odłożyć trochę pieniędzy, zrezygnować z kilku rzeczy i po prostym rachunku z kalkulatorem w ręce wyszło mi, że tak, owszem, stać mnie na psa. Dodatkowo nie miałam w mieście praktycznie żadnych znajomych a jedynie kuzyna i kuzynkę - po drugiej stronie Wrocławia. Podkreślam to tak bardzo, bo jednak są to ważne rzeczy w kontekście dalszych wydarzeń.
     No więc generalnie jak już uzyskałam zgodę od pozostałej piątki (!!!) mieszkających ze mną ludzi na psa w mieszkaniu przeszłam do działania. A potem było już tylko weselej. 

Dziczek sam w domu
     Najbardziej oczywistą sprawą jest to, że odpowiadasz za psa w stu procentach samodzielnie. Ty jesteś jedyną osobą, która może go zabrać na spacer i to niezależnie od tego jaki masz dzień. Pies może się dostosować i przeczekać twój słabszy nastrój i niechęć do spacerowania, ale sytuacja nie powinna się przeciągać w tygodnie i miesiące. Odpowiadasz za psy ty, sama, jedna. Nikt nie wyjdzie z psem na spacer za Ciebie dlatego, że masz słabszy dzień, brak siły i motywacji. Nikt nie przerobi szkolenia czy resocjalizacji, nie odrobi za ciebie danego elementu w codziennym treningu. Prawdopodobnie też nikt nie klepnie po plecach chwaląc postęp - sama musisz go zauważyć i pielęgnować. Możliwe, że odpadnie Ci integracja ze znajomymi po pracy albo wyjście z ziomkami ze studiów tuż po zajęciach - bo jednak tam w domu kiśnie pies i czeka aż ktoś wróci a on będzie mógł w końcu wyjść. Mniej decyzji w Twoim życiu może być spontanicznych, głównie przez to, że trzeba w nim uwzględniać również psa. Co więcej - jeżeli nagle zachoruje to Ty musisz zadbać o weterynarza, zaprowadzić zwierzę i przyprowadzić do domu. Niby logiczne, ale ostatnio zdziwiłam się, niosąc siedemnaście i pół kilo Miszka na przystanek. Kto by pomyślał, że siedemnaście kilo to aż tak dużo. Psa po zabiegu oddano mi chodzącego, wybudzonego... Tylko nie mającego na to za bardzo pomysłu i motywacji co kończyło się kilkoma krokami w przód i półgodzinną rozkminą na temat tego jak srogie są te imprezy u Doktora, że tak mocno sieką. Innym razem zatruła się czymś w wakacje i była tak smutna, apatyczna i słaba, że wycieczka do weterynarza również odbyła się z psem pod pachą komunikacja miejską. No co by nie powiedzieć - brak auta ssie. ale ssie też inna sprawa - w obu tych wypadkach konieczne było wolne na żądanie, bo psa trzeba zanieść, przyprowadzić, monitorować. Nie ma nikogo innego kto zrobi to za nas.
     To samo ze zniszczeniami - cokolwiek nie zostanie zastane po przyjściu do domu to Ty jedna to sprzątasz, za własne pieniądze odkupujesz sprzęty.

Mieszkanie
     Kwestia wynajmu mieszkania z psem to temat na osobny wpis. Te emocje, te napięcia, ta wielowątkowa narracja pełna klęsk, katastrof i ludzkich dramatów sprowadzająca się do "ogłoszenie nieaktualne", "współlokator ma alergię na psa" oraz "sorry, w castingu na lokatora, wybraliśmy opcję bezzwierzęcą". Ta wizja mieszkania w kartonie nad Odrą. Eh, aż się łezka wzruszenia w oku kręci. Osobiście zawsze na mieszkaniu starałam się oszczędzić tyle ile się da, więc przeważnie wybierałam opcje dzielenia pokoju z obcym człowiekiem, najczęściej mieszkałam w warunkach średniawych, ale kompletnie mnie to nie obchodziło. Moim priorytetem było to, żeby było łóżko (albo jakiś materac - whatever), niska cena, pralka, kibel i jakieś miejsce, żeby się opłukać. Spoko ludzie i sąsiedzi byli zawsze miło widzianym dodatkiem. W domu nie spędzałam przeważnie zbyt wiele czasu - ciągle byłam na uczelni, w drodze, na spacerze z psem. A kiedy już siedziałam to musiałam się uczyć. Jednakże nawet mając tak niskie wymagania znalezienie mieszkania, w którym ludzie (czyli przeważnie lokatorzy ORAZ właściciel) zgodzą się na psa było koszmarnie ciężkie. Porównanie miałam z okresu, w którym szukałam dachu nad głową bez czworonoga - wtedy znalazłam raczej prędko, nie bojąc się, że spać będę na ulicy błotnej pod numerkiem zachlapanym. 
     Alternatywą jest wynajem pokoju, czyli tzw. "jedynki", ale koszta wtedy znacznie rosną. Ja pod tym względem jestem strasznie skąpa i nie widzę powodu, żeby płacić prawie/ponad 300zł więcej za mniejszy metraż i rzekomą prywatność. 
     Z mniej istotnych rzeczy - do przeprowadzki w naszym wypadku doszło kilka gratów - torba z rzeczami Miszka i klatka.
W zdrowiu i chorobie
     Ta kwestia jest szalenie istotna a jeszcze nigdy nie spotkałam się z tym, by ktokolwiek ją poruszał. Ludzie, których wypowiedzi/blogi/porady czytałam żyli przeważnie z partnerami lub w dobrej komitywie ze współlokatorami, lub mieli znajomych w mieście. Ja natomiast miałam na to kompletnie wywalone. Nie jestem mrukiem, ale nie jestem też człowiekiem na chama szukającym przyjaciół. Wcześniej mieszkałam rok z hardcorową introwertyczką i bywało kilka dni pod rząd (czasami i tydzień) kiedy zamieniałyśmy ze sobą tylko "cześć-cześć, co tam, w porządku?" i każda szła w swoje obowiązki. Przywykłam do takiego stylu bycia, szanowałam cudzą przestrzeń i lubiłam się wyciszać, ale nie zamykałam się jakoś szczególnie na innych ludzi i ze współlokatorami żyłam raczej dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, że przez pierwsze dwa i pół roku z Miszonem byłam praktycznie sama w kwestii dorywczych spacerów w ciągu dnia i moim szczęściem jest to, że praktycznie nie choruje poważnie. To, co mnie najczęściej łapie to przeziębienie - zrzucam to też na karb tego, że rzadko używam komunikacji miejskiej, nie szlajam się po centrum, nie przepadam za tłocznymi miejscami, więc nikt na mnie nie kicha i nie prycha. 
     Mimo to, raz na jakiś czas zdarzy się, że połozy mnie gorączka. I "położy mnie" to idealne wyrażenie, ponieważ mój organizm zawsze znosi to w gówniany sposób i przejście z temperaturą 38.8 do toalety jest wyprawą dłużą niż ta Odyseusza. Nie mam siły, mięśnie mają wyjebane na mózg i jego rozpaczliwe "no weź się skurcz", leżę sobie, śpię przez cały czas z przerwami na toaletę i łykam proszki. Taki stan trwa maks 48h (no bo ileż można spać) a potem znowu radośnie, acz odrobinę słabo, brykam jak młode jagniątko. 
     I widzicie, w tym szaleństwie nie ma metody - sytuacja jest zawsze przegrana i w moim wypadku nie ma kompromisów - boli czy nie boli, z psem wyjść trzeba, no bo kto inny to zrobi? I szura taki dziczek, zakutany w łachy, z psem, wyraz nędzy i rozpaczy - gdybym szła z kubeczkiem od Theraflu ludzie rzucaliby drobniaki a gołębie chleb. 
     Moje szczęście w nieszczęściu jest takie, że Miszon to szalenie kumaty pies i jak tylko widzi, że walczę z temperaturą to błyskawicznie załatwia swoje obowiązki na dworze i ciągnie do domu, a w chacie siłą z łóżka nie jestem w stanie jej wyrzucić (bo tej siły nie mam) i odpuszcza dyżur tylko wtedy kiedy szura uzupełnić płyny. 
     Wyprowadzanie psa przez znajomych w takiej sytuacji ma sens głównie kiedy mieszkają blisko albo w tym samym mieszkaniu. Moi zazwyczaj byli po drugiej stronie miasta, pracujący - trzeba było sobie radzić samodzielnie.
     Warto też przemyśleć kwestię swojej czasowej niedyspozycji - złamania, rehabilitacje, szpital. Kiedy funkcjonuje się samemu i chce się zwierzaka takie rzeczy są szalenie istotne, i chociaż nie zdarzają się często, warto mieć zawczasu plan A i B na miarę swojego budżetu, na wszelki wypadek.
     
 
Wyjazdy
     Uwzględniam je osobno, bo i sprawa jest trochę inna niż ta kiedy chorujesz. Generalnie w moim odczuciu łatwiej jest dogadać się ze znajomymi na przygarnięcie twojego psa na kilka dni niż na dojazd do twojego domu i wyprowadzenie gada. Sytuacja jest wtedy planowana - dużo wcześniej wiemy, że będziemy jechać, więc i wcześniej można rozglądać się za opieką dla futra. Samo planowanie podróży musi przebiegać odrobinę inaczej, trzeba uwzględnić dostarczenie i odebranie psa pod opiekę, czasami wiąże się to z podróżą do sąsiedniej miejscowości - kogo stać, ten oddaje psa do dobrego hotelu. Akurat tutaj życie mnie specjalnie postanowiło nie chłostać i przeważnie spadałam jak ten kot - na cztery łapy - a Miszonowi znalazła się jakaś ciocia, która wyprowadziła ją pod moją nieobecność. 
      I, oczywiście, można zabrać psa ze sobą. Jednakże na Woodstock, Jarocin czy inny kilkudniowy festiwal muzyczny wolałam jej nie targać. Natomiast moje cotygodniowe wycieczki w rodzinne strony były zbyt częste by petsitter bądź hotel wchodził w grę, rezygnacja z nich odpadała ze względów finansowych - sytuacja trochę patowa, szczególnie dla kogoś kto nie ma znajomych a czyj pies śmiertelnie boi się pociągów. 
     I przyznam szczerze, że w przypadku psa adoptowanego przewidywałam wszystko - że będzie niszczył, szczekał, wył, załatwiał się w domu, marudził na jedzenie, nie chciał pracować, że może okazać się agresywny, terytorialny bądź zaborczy. Ale fobii dźwiękowej i komunikacyjnej kompletnie nie przewidziałam i zarówno Sylwester jak i schiza na autobusy, tramwaje i pociągi wzięła mnie z zaskoczenia uniemożliwiając i przekreślając wiele planów i marzeń.
    
Studia/praca
     Nie czarujmy się - to nie jest tak, że tylko ludzie pracujący z domu i bezrobotni mają psy. Pewnie, że idealną sytuacją jest ta, w której zwierzak zostanie sobie sam w domu jedynie na te 3-4h, ale wątpię by była to choćby połowa psów w polskich domach. Osobiście darzę Miszona jakimś tam uczuciem, ale uważam, że moje życie i tak jest już wystarczająco zmodyfikowane pod psa, żebym jeszcze rzucała wszystko w cholerę byle ona nie siedziała sama. Szczególnie, że nawet kiedy jesteśmy razem ten czas spędza śpiąc. Wobec czego nie dajmy się zwariować i zakrzyczeć dogociotkom. Jeżeli pies nie ma problemów z zostawaniem, nie wyje, nie niszczy a jedynie wgapia w nas smutne ślepia przy wyjściu, to nie ma się co zadręczać. W moim wypadku srogi problem robi się dopiero w momencie kiedy idę na 12h do pracy, bo razem z dojazdami nie ma mnie w domu jakieś 13.5-14h. Był taki rok, że nie było mnie w domu około 18h. W drugim przypadku psa wyprowadzała moja współlokatorka. Podczas mojej nieobecności krótszej - czyli w przedziale 12-14 - staram się, żeby ktoś ją wyprowadził przynajmniej na jeden spacer. Zaszokuję nawet jeszcze bardziej - ponieważ po tak długich zmianach jestem przeważnie zdechnięta - nie ma w taki dzień nawet co marzyć o długim spacerze i jej aktywność fizyczna to spacer po osiedlu i do domu.
    Kiedy studiujesz sytuacja może być odrobinę lepsza. Mimo, że niektóre zajęcia trwają od rana do zmierzchu to często zdarzają się okienka, niektóre uczelnie pozwalają przychodzić na zajęcia z psami. Więc teoretycznie jeżeli ma się mieszkanie blisko uczelni można temu jakoś zaradzić, jeżeli nie, to pies ma te kilka dni w tygodniu kiedy zapomina praktycznie jak wyglądasz i stwierdza permanentne porzucenie. Do tego dochodzi sesja, podczas której czasu jest jednocześnie więcej i mniej - wiadomo. Nic tak nie działa na produktywność jak długi spacer. 
     Patrząc na to z perspektywy czasu - jeżeli moje studia miałyby podczas kolejnych czterech lat być zapierdzielem po 12h przez większość tygodnia nie wzięłabym psa akurat w takim semestrze tylko odczekała aż nastąpią luźniejsze. 
     Da się pogodzić studiowanie oraz pracowanie z samotnym posiadaniem psa, jednakże należy wtedy jednak zastanowić się nad organizacją dnia - albo petsittera.

Szkolenie
     Teraz trochę jasna strona życia - co sobie wymyślisz to zrealizujesz, nikt ci się w psa i jego wychowanie nie wsadza, nie podkarmia, nie psuje jeżeli o to poprosisz.
      Mieszkając w pokoju jedynce czy kawalerce sprawa rozwiązuje się sama - większa kontrola i brak nieproszonych rąk do karmienia, głaskania czy wychowywania. 

Budżet
     Od początku uparłam się, że skoro pies to mój kaprys to będzie utrzymywany z mojej kieszeni. I rzecz niby oczywista, ale - jedzenie dla psa w domu się nie pojawi, dopóki go nie zamówisz, nagły weterynarz pod koniec miesiąca tez powinien być uwzględniony w budżecie, szczególnie jeżeli nie masz od kogo pożyczyć $$ w razie jakiegokolwiek wypadku.

     Generalnie posiadanie psa, który jednak jest dosyć wymagającym zwierzakiem, w całkowitą pojedynkę jest możliwe i pocieszne. O zaletach życia z psem, z mojej perspektywy, pisałam już wcześniej. Razem z Miszonem żyjemy w takim układzie już czwarty rok - przerobiłyśmy mieszkanie z ludźmi, którzy w dupie nas mieli, brak znajomych, sytuacje podbramkowe, mieszkanie z ludźmi, których traktowałyśmy jak przyjaciół, studia i pracę, studia, dojazdy, minimum cztery przeprowadzki, trzy gorączki, dwunastogodzinne zmiany, pracę na pełen etat, spacerowanie z półżywą po pracy mną i targanie psa na rękach do i od weterynarza.  Jednak należy zwrócić też uwagę na kilka istotnych faktów - Miszon nie niszczy, nie wyje, nie brudzi w domu, ma piękny on/off i należy ją zaliczyć raczej do bezproblemowych przypadków (zdarza jej się ( :D ) japić na wchodzących do mieszkania ludzi, kłaczy i kradnie chleb ze stołu...). Nie wyobrażam sobie takiego życia z psem, który ma lęk separacyjny, jest agresywny w stosunku do obcych mu ludzi, niszczy czy brudzi. Najważniejsze jest jedno - musisz nie tylko myśleć o psie, ale przede wszystkim podporządkować pod niego trochę twoje własne życie, robić szybką ocenę sytuacji i ustalać priorytety. A kiedy wynajmujesz - nie szkodzić innym.

13 komentarzy:

  1. Od jakiegoś czasu (niech żyje ludzka szerość i lojalność, hehe) również jestem silna i niezależna i przerobiłam chyba wszystko to samo, co Ty poza 12-godzinnymi zmianami w robocie. Mam to szczęście, że mój pies jest zwierzątkiem bardzo przyjaznym codziennemu życiu i potrafi się do mnie w sporym zakresie dostosować, ale już drżę na myśl, co to będzie, jak będę musiała położyć się do szpitala.
    W ogóle, samotne posiadnie psa jest trudne i gdybym wiedziała, że znajdę się w takim, jak teraz życiowym momencie to nie wiem, czy kiedykolwiek bym się na niego zdecydowała. To z jednej strony. Z drugiej prawda jest taka, że gdyby nie pies, którym nie ma się kto zająć, to już by mnie raczej na tym świecie nie było, więc może lepiej, że nie wiedziałam i się zdecydowałam, chociaż pewnie nikt by nie tęsknił. Z trzeciej, przypuszczam, że kiedyś z rozżewnieniem będę wspominać wychodzenie z Gambitem na spacer w ostrym zatruciu pokarmowym - trzy piętra w dół po schodach tak mnie wytrzęsły, że skończyło się to pięknym, entuzjaztycznym haftem tuż pod barmą. Ach, bycie samotną matką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat w posiadanie psa wsadziłam się jak już byłam singlem. No i nigdy też nie planowałam z tego stanu wychodzić - życie układam sobie odkąd pamiętam w pojedynczej opcji. Myślę, że też mi to uratowało skórę i po raz drugi bym się tego podjęła. Natomiast mam wątpliwości co do samodzielnego mieszkania w kawalerce. W razie szpitala aktualnie mam rodzinę, przyjaciół we Wrocku czy nawet współlokatorów tutaj - myślę, że ktoś by ogarnął. Ale i tak - wizja trochę wywołuje gęsią skórkę.

      "przypuszczam, że kiedyś z rozżewnieniem będę wspominać wychodzenie z Gambitem na spacer w ostrym zatruciu pokarmowym - trzy piętra w dół po schodach tak mnie wytrzęsły, że skończyło się to pięknym, entuzjaztycznym haftem tuż pod barmą. Ach, bycie samotną matką."
      O to to <3

      Usuń
  2. Myślę, że jednak troszkę podkoloryzowałaś to jakże ciężkie życie psem. Albo inaczej: ja totalnie tak tego nie odbieram, a wyjechałam z 5 letnim psem z domu rodzinnego na studia.Studia skończyłam, teraz pracuje i przeszłam podobnie jak opisywałaś przeprowadzki, choroby, wyjazdy do weterynarza, studia, prace etc plus imprezy,niejednego kaca i 3 lata mieszkania w akademiku(oczywiście z psem).
    Wiadomo pies to ogromna odpowiedzialność,ale decydując się na psa chyba liczysz się z tymi wszystkimi obowiązkami i to niezależnie czy masz kogoś czy nie. U mnie od początku, nawet w domu rodzinnym to ja odpowiadałam za wszystko spacery, jedzenie, weterynarza, wychowanie, naukę etc. więc nie było zdziwieniem,że jak nie zamówię karmy to nie będzie;)
    Wg mnie największym problemem w samotnym posiadaniu psa jest to,że dokładnie tyle ile nas nie ma pies jest sam( nie chodzi tu o spacery, bo powrót ' na czas' to jak dla mnie luz)tylko o to że nie możesz wrócić, wyjść na siku i lecieć znowu, bo psu pęknie serce.
    Ja mam ten plus,że mój pies idealnie znosi jazde komunikacja i pociągami więc ja po prostu po zajęciach/ pracy wracam do domu po psa i z nim 'robię' resztę( czy to ' integracja' czy załatwienie jakichś spraw).
    Trochę się rozpisałam,ale chodzi mi o to żeby osoby które chce wziąć psa na studia czy to swojego czy ' nowego' się nie bały- wszystko to kwestia zorganizowania, priorytetów i odpowiedniego nastawienia.
    Trzeba sobie uświadomić,że to już nie jest pies rodzinny z którym zawsze ktoś wyjdzie,a Ty jak akurat masz czas i ochotę. I tyle. Albo aż tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat z powrotem, wyjściem na sik i pójściem dalej nie mam absolutnie problemów :D Suka musi sobie z tym jakoś poradzić i tyle.
      "Trzeba sobie uświadomić,że to już nie jest pies rodzinny z którym zawsze ktoś wyjdzie,a Ty jak akurat masz czas i ochotę. I tyle. Albo aż tyle."
      Myślę, że właśnie aż tyle. Odpowiedzialność w tym wypadku absolutnie nie jest dzielona.
      A co do koloryzowania - z mojej perspektywy tak to wygląda. Miszon to był i jest akurat trudny przypadek. Czasami jest fenomenalna do mieszkania z nią, często jednak jest dosyć dużą przeszkodą w realizacji takich czy innych planów, kilka marzeń też przekreśliła, ale cóż. Trudno.

      Btw. Dwa pytania :D W jakim akademiku Cię z psem przyjęli? I jak duży on jest?

      Usuń
  3. Moment w którym się wyprowadzę mnie przeraża. W prawdzie ja planuję mieć męża i gromadkę dzieci, ale nie zakładam że pojawią się natychmiast... A z posiadania psa przecież nie zrezygnuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile nie będziesz mieszkała w kawalerce albo izolowała się od innych lokatorów to będzie super :)
      My jakoś na moim czwartym roku studiów trafiłyśmy na klawą ekipę mieszkaniową - współlokatorka z pokoju obok wbijała i pytała czy może wziąć psa na spacer, czy pożyczyłabym Miszona na głaskanie.
      Ale początek - te pierwsze dwa czy trzy lata - to była tragedia.

      Usuń
  4. Chwilami mam wrażenie, że pogodziłabym się z wszelkimi psimi upierdliwościami, byleby odjęto mi jedną - pierdolamento rodzicielskie na co, po co, jak ty sobie dasz radę, ojeżu. Nie żebym była dorosła znacznie dłużej, niż mi to odpowiada, mamo. Ugh.
    Ale tak poważnie - nie zazdroszczę, zwłaszcza że sama szukałam mieszkania z psem - w sumie i tak miałam łatwiej, niż kumpela samotna matką będąca. Pies wprawdzie śmierdzi i przegryza się przez ściany, ale czterolatek, obawiam się, w ludzkiej świadomości wyburza całe miasta.
    Przyznam, że moje suczydła muszą chwilowo bytować jak psy pracującego studenta w trakcie sesji - remont, panie. I to remont z dedlajnem nieprzekraczalnym. :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten wpis przypomniał mi naszą rozmowę o Joykowym darciu ryja i jak ja to przeżyję, kiedy zamieszkam na wynajmowanym pokoju. ;)

    Nie uważam, żebyś koloryzowała, jak to stwierdził ktoś wyżej w komentarzu. Również zauważam, jak trudno żyć z psem w Polsce, jeśli to jest pies, którego chcesz realnie angażować w swoje życie (tzn, że żyjesz razem z nim, jeździsz z nim na wakacje, spędzasz z nim czas, a nie uznajesz, że wystarczy nasypać karmy i będzie działał). My mieliśmy koszmarny problem z wyjechaniem nad morze we wrześniu. Mimo że wszystkie pokoje/domki i inne cuda stały puste, ludzie woleli nie zarobić niż wynająć komuś z psem. Myślę, że w Polsce pod tym względem się jeszcze długo nic nie zmieni.

    Niby Joy zajmuję się sama, ale mam ten komfort, że jak nie ma mnie cały dzień, to zawsze ktoś z domowników wraca wcześniej i wypuści Joy na podwórko na siku. Czuję, że będzie mi tego brakowało w zimne, ciemne poranki, gdy trzeba będzie wziąć smycz i iść z nią. :p

    PS. To Wasze ostatnie zdjęcie sprawia, że chciałabym Was poznać na żywo <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "My mieliśmy koszmarny problem z wyjechaniem nad morze we wrześniu. Mimo że wszystkie pokoje/domki i inne cuda stały puste, ludzie woleli nie zarobić niż wynająć komuś z psem. Myślę, że w Polsce pod tym względem się jeszcze długo nic nie zmieni."
      Psiarze sami sobie winni. Przyjedzie Janusz, Janina i pieseczek, a potem nie idzie doczyścić po nich kwatery. Niestety, ale za takie umysłowe buractwo obrywasz ty, obrywam ja, bo potem nawet poza sezonem znalezienie ludzkich warunków, w które ktoś wpuści człowieka z psem to nie sa proste rzeczy.

      PS. Zapraszam(y)!

      Usuń
  6. My mieszkamy jeszcze z rodziną (ostatnia klasa szkoły) i z jednej strony fajnie, bo ktoś kupi karmę czy zapłaci za weterynarza, bo ja teoretycznie mam się uczyć, a nie pracować, poza tym psa nie przyniosłam sama, tylko przyniósł go ktoś inny. Ale na zakupach się już kończy. Musisz gdzieś jechać na kilkanaście godzin i nie możesz zabrać psa? Trudno, musi wytrzymać. Tyle szczęścia, że Wilson takie sytuacje zna i po prostu śpi. Masz gorączkę, w głowie Ci się kręci i nie możesz ustać na nogach? Twój pies. Biały nie niszczy, a jak źle się czuję to wystarczy mu krótki spacer i drzemka na kołdrze (albo pod, zależy od temperatury).
    Do wyprowadzki dopiero się szykujemy, ale postawiłam sprawę jasno - bez psa na studia nie idę, chociażbym miała opuścić rok i poświęcić go na zarobienie pieniędzy, które pomogą nam się potem jakoś utrzymać. Nie mam co liczyć na wynajmowanie mieszkanie ze znajomymi, bo, cóż, po prostu ich nie mam, a nie wyobrażam sobie wynajmowania mieszkania z obcymi ludźmi, bo ja nie będę w stanie funkcjonować normalnie w takich warunkach; Wilson myślę nie miałby większego problemu. Problem wynajmowania z psem już znam z czasów, kiedy to rodzic szukał mieszkania dla siebie, siedemnastoletniego dziecka i małego psa. A to nie, bo pies, innym razem nie chcieli (praktycznie już dorosłego) dziecka. Nie raz rezygnowałam z jakiegoś wyjazdu ze względu na psa, ale nie żałuję - mówi się trudno. To niestety ten minus, że nie wszędzie można z psem wejść, a czasami nie ma możliwości zaplanowania podróży ściśle pod czworonoga.
    Posiadanie psa samemu jest możliwe i nie zawsze trudne, dużo zależy od tego co nam się przydarzy po drodze, ale na początku zawsze trzeba przemyśleć kwestie finansów, kto będzie się psem zajmował i czy nie straszne nam słuchanie odmów przy szukaniu mieszkania. Branie do siebie futrzaka bez większego zastanowienia zgodnie z myślą "bo chcę w tej chwili", "bo akurat ten mi się podoba" często kończy się ogłoszeniem na olx "niestety muszę oddać psa ze względu na brak czasu/bo niszczy, a mi się nie chce nic robić w kierunku poprawy/bo się przeprowadzam", niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Posiadanie psa samemu jest możliwe i nie zawsze trudne, dużo zależy od tego co nam się przydarzy po drodze, ale na początku zawsze trzeba przemyśleć kwestie finansów, kto będzie się psem zajmował i czy nie straszne nam słuchanie odmów przy szukaniu mieszkania. Branie do siebie futrzaka bez większego zastanowienia zgodnie z myślą "bo chcę w tej chwili", "bo akurat ten mi się podoba" często kończy się ogłoszeniem na olx "niestety muszę oddać psa ze względu na brak czasu/bo niszczy, a mi się nie chce nic robić w kierunku poprawy/bo się przeprowadzam", niestety."
      W punkt. Chociaż ja jestem akurat zdania, że czasami lepiej szukać psu nowego domu niż się ze sobą męczyć. :)

      Usuń
  7. Generalnie to myślę, że jesteś spoko ziom, i jakbyśmy się spotkali, to byśmy sobie pomilczały w awkward silence i uznały, że była biba stulecia. Chociaż nie. Ja mam stresowe gadanie więc siedziałabym buzia w ciup i łamała ze stresu paluszki :D

    Na studiach dość hardcorowych i wymagających miałam wyłącznie fretki. Na psa nie porywałam się, wystarczyły mi dwa pieski w domu rodzinnym. Trochę żałuję, bo teraz jestem jakby nie patrzeć babcią wśród debiutujących, ale myślę, że posiadanie psa wtedy byłoby dla mnie obciążające.

    Teraz - luz blues i orzeszki - Pan Mąż pieski lubi, ale Ruby, jako że nie jest czworonogiem, a pomiotem szatana, staram się wyprowadzać i ogarniać ja.

    W momentach słabości PM, jak mamy cztery psy na głowie (w tym jedną troszkę babcie inwalidkę), a ja jestem po kolana w kupie na wieczornym dyżurze, twarz mam upstrzoną krwią i wydzieliną gruczołów okołoodbytowych dostaję dramatyczne smsy, jeden po drugim:
    *pik pik* "Ru właśnie się ścięła z Ouzem"
    *pik pik* "Urwę jej kiedyś głowę"
    *pik pik* "Właśnie próbowała zeżreć jedzenie z miski Bala
    *pik pik* "Mojito właśnie wyrzygała się na dywanik w łazience"
    *pik pik* "Ruby usiłowała to zjeść"

    ...i wtedy dodatkowo mnie ściska w dołku, że ten bidok mógł mieć spokojny wieczór, a nie wiązać się z pieprzniętym weterynarzem :P Także mocno szanuję Twoją wewnętrzną samotną wilczycę, bo ja nie potrafiłabym, mimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Co tu dużo mówić - z pasami, jest trochę jak z dziećmi. Kocham zwierzęta i kocham dzieci - ale nie swoje. Nie potrafiłabym i nie chciała dostosowywać życia pod inne żyjątko (mężczyzna, to już wystarczające utrapienie ;)). Podziwiam i super, że tak szczegółowo wszystko opisałaś. Fajnego masz piesia, a Wasze zdjęcia na tym blogu, to w ogóle mistrzostwo ;)

    OdpowiedzUsuń