Miałam uraczyć Was blaskiem mojego geniuszu szkoleniowego, wpisem merytorycznym, tchnieniem opiniotwórczym i możliwością potaplania się odr...

Dzień jak co dzień z Dziczkiem

Miałam uraczyć Was blaskiem mojego geniuszu szkoleniowego, wpisem merytorycznym, tchnieniem opiniotwórczym i możliwością potaplania się odrobinę w cieniu mojego splendoru.
A potem zaczęłam tworzyć ten tekst, który miał zmienić zdanie tych milionów, które mnie czytają.
     I zaczęłam pisać przypisy, żeby "Ci nowi" co zaplątają się tutaj przypadkiem to nie opluli klawiatury zbulwersowani i zagubieni w mojej logice. Klawiatura to rzecz ważna a jej wymiana nie jest tania, szczególnie, że większość z tych szkoleniowych mistrzów jest na utrzymaniu rodziców.
     Więc w trosce o portfele rodziców, klawiatury i nerwy własne oraz cudze zrobiłam też kilka przypisów dotyczących przypisów. 
     Na koniec natomiast wyszły mi z tego dwie zajebiście sarkastyczne strony adnotacji, stwierdziłam, że szkoda czasu, bo na zewnątrz właśnie przestało wiać, temperatura osiadła gdzieś w okolicach minus ośmiu stopni, słońce schowane a lód na ścieżkach spacerowych zaczął się błyszczeć. Idealna alternatywa. Więc poszłam z psem na spacer. Zawsze lepsze to niż popełnianie kolejnego gwałtu na interpunkcji.
     Musicie natomiast wiedzieć tutaj, że ja ponad pół roku temu zdecydowałam się naprawić moje największe życiowe błędy (i zrobić kilka nowych) co sprowadza się do tego, że kiedy tylko skończyły się ostatnie zajęcia na mojej uczelni spakowałam wszystko w kartony i wyniosłam się do wielkopolski. Nie zrozumcie mnie źle, Wrocław całkiem spoko. Na mojej liście spoko rzeczy mieszkanie we Wrocławiu plasuje się gdzieś pomiędzy leczeniem kanałowym u pijanego dentysty z zamiłowania i pasji (a niekoniecznie z wykształcenia) a dietą. Wiadomo - jedni mają Radom, inni Sosnowiec, mnie przypadł w udziale Wrocław, którego największą zaletą jest to, że ma granice administracyjne, które gdzieś się kończą i całkiem sensowne skomunikowanie z resztą świata - można z niego wyjechać pociągiem, autobusem, autem, rowerem, hulajnogą a nawet wylecieć samolotem. No i nie trzeba na to wizy. Miód malina.

To ja kiedy przyjezdni mówią, że ten pierdolnik jest nawet spoko i chyba tu zamieszkają
    Domyślam się, że załapaliście ideę. A teraz wyobraźcie sobie, że zupełnym przypadkiem w tym samym czasie kiedy ja pojechałam do wielkopolski na jednodniową przygodę z szukaniem mieszkania (znajdę to się przeprowadzę - nie znajdę to i tak się przeprowadzę, ale może w inne rejony Polski) pewne mieszkanie szukało lokatora. I to nie byle jakie mieszkanie, bo usytuowane w miejscu, w którym poranne spacery można odbębnić bezsmyczowo, do centrum miasta jest dziesięć minut rowerem a do centrum niczego pośrodku pola dziesięć minut piechotą. Dodać do tego jeszcze, że sama miejscówka wydawała się cicha i spokojna, z daleka od zgiełku, którym rzygałam po dwóch latach egzystencji koło akademików a potencjalny współlokator zdradzał miłość do Wrocławia podobną do mojej.     
No raczej.
     I tak sobie ostatnio przemierzam z Miszonem Centrum Niczego. I ja tak sobie tuptam, i Owczarek sobie tupta. I ja tak sobie ją czasami wołam i karmię kiełbasą albo króliczym bobkiem zwanym Brit Care a Miszon czasami przychodzi i sobie szama, i wszyscy są szczęśliwi. I tak sobie myślę, że w zasadzie to Ci ludzie od Owczarków to tacy farciarze trochę, bo te ich psy to taki mądrale na splendorze. Zupełnie jak właściciele. No chyba, że wpadną na jakiś głupi pomysł, jednocześnie będąc przekonane o jego absolutnej zajebistości. To wtedy nie. 
     No i odkąd Miszek mieszka sobie w miejscu pełnym zajęcy, bażantów, łani podchodzących pod dom z rana (nie żartuję), jeleni pryskających po krzaczorach kilka metrów od ścieżki, lisów przebiegających drogę i dzików buszujących nad ranem pod osiedlową Żabką i uniemożliwiających jej otwarcie to sobie taki Miszek wpadł na pomysł, że ona może być kim chce i będzie płochaczem.
     No chyba nie. W taki oto sposób tydzień temu zeszła z linki treningowej, pięknie rezygnowała mi z wpadania w wysoką trawę i nękania bażantów, a odkąd język przymarzł jej do ścieżki po tym jak próbowała oderwać z niego kupę jakiegoś stworka to przestała nawet zerkać w kierunku apetycznych gówien. Okej, to ostatnie to akurat żart, ale mam nadzieję, że chociaż przemyślała gruntownie swoje postępowanie i jakoś sobie skojarzyła, że lizanie zimą lodu to nie jest jakiś turbogenialny pomysł. Kogo ja chcę oszukać.
     Idziemy więc sobie dalej, długo idziemy, bo droga którą zmierzamy jest dosyć długa. I nagle jak nie usłyszę, że mi coś takim cienkim głosikiem szczeknie w wysokiej trawie! Potem drugi. Myślę sobie - pewnie z domków jednorodzinnych nieopodal się niesie, ale w sumie - sprawdzę, bo dlaczego nie? Schodzę więc ze skrzącego się chodnika jak ta Dorotka z żółtej ścieżki, mój dzielny Toto w siódmym niebie, bo czuje, że przygoda czeka tuż za rogiem. I tak się rozglądam czy gdzieś w jakiś krzaczorach nie siedzi kompletnie oczadziały z zimna piesek. I tak sobie idę przez nierówny teren - jakieś usypane kopczyki, jakieś dołki, ale nic to. Kompletne zadupie, trawa do pasa, krzaczki to tu to tam, ale widzę, że kilometr dalej przed Nami, więc w sumie blisko, jest już ścieżka. Wiec po co się wracać skoro można pocisnąć spacer w miejscu, w którym pies sobie powącha a my może - MOŻE - złamiemy sobie nogę i będzie wypisz wymaluj L4. Mnie takich rzeczy dwa razy powtarzać nie trzeba, ja zawsze jestem chętna na przygody, jak się okazuje Miszon również.
     Tutaj pragnę zaznaczyć, że to nie jest tak jak Wam się wszystkim wydaje - to nie tak, że Miszon to taka lękliwa pizdeczka. Ona ma w sobie serce lwa, cztery żołądki krowy i mózg kanarka co sprowadza się w praktyce do tego, że bardzo szybko ładuje się w bardzo dziwne sytuacje. I tak było też tego dnia, bo oto hasa sobie niczym beztroski baranek po łące i nagle widzę, że hasa jakoś tak dalej ode mnie i zerka czy ja zerkam i zanim zdążę ryknąć, że "Tuten teraz naten tychmiast DO MNIE!!!" pies - dzida w trawę i tyle ją widziałam. Zmówiłam szybka modlitwę by bażanty poderwały się do lotu zanim mój lotny umysłem pies potknie się o nie w tej trawie i naderwie jakiś mięsień, bo ja już jestem ósmy dzień po wypłacie, ja nie mam za co iść do weterynarza i płacić za rehabilitacje. Ledwie zdążyłam w myślach stwierdzić "amen" a moje modlitwy zostały wysłuchane i to nawet bardziej niż bym chciała. Bo oto pięćdziesiąt metrów ode mnie do lotu poderwało się jak nic dwieście pięćdziesiąt kilo dzika wielkości sporego kuca a za tym dzikiem ile pary w łapach jakiś mały, biały cherlawy zajączek, który musiał być moim psem. 
     Oczywiście. Klikera się boi, na widok plastikowej butelki klepie sobie miejsce na cmentarzu i zamawia wieniec "ostatnie pożegnanie", autobus który zawsze wiezie ją na zajebiste spacery jawi się jej jako ostateczna kara z nieba i zwiastun Apokalipsy. 
     No ale dzik? Dziki są zajebiste, wiadomo. I tak sobie stoję i podziwiam, trochę mi mowę odebrało, bo ja w sumie odkąd się tutaj wprowadziłam to chciałam dzika zobaczyć, ale bardziej to sobie wyobrażałam w innej scenerii - ot, wstaję w nocy do pracy. Godzina 1:00, wyglądam przez okno a tam pod klatką taka cała świta honorowa ryje sąsiadce kwiatki. Dzwonię po urlop na żądanie i idę spać dalej. 
     Ale nie, oczywiście, że nie dla mnie taki hepi end i prezent od życia.
    Widzę, że pies powoli bawi się w pasienie i w duchu gratuluje mu tej pasji, bo w sumie może zostać kim chce to niech już zostanie border collie, ale na litość boską, nie może ćwiczyć na czymś mniej inwazyjnym - a bo ja wiem, pająkach w domu? Małych pieskach sąsiadów??? I dzik tak zasuwa sobie po łuku a moje oczęta coraz większe bo jakoś tak widzę pewien punkt przecięcia trasy dzika i Dziczka. Cała akcja trwa dosłownie trzy sekundy zanim huknę "MISZ DO MNIE!!!". Pies tak niby zwalnia, już powoli sobie przypomina, że surowego nie je a poza tym gdzie my tyle mięsa upchniemy w zamrażarce jak tam się ledwo moje pierogi mieszczą. Myśli, myśli, wymyśliła - zawraca w kierunku parówek po emocjonującym trzymetrowym pościgu, który trwał całą wieczność. A ja tak sobie myślę, że wracanie po własnych śladach to żaden wstyd a linę to tak jeszcze miesiąc będzie targać na tej chuderlawej szyi. 
A w związku z tym, że jednak był hepi end to Miszon i Yoko w Centrum Poznania na osłodę.

9 komentarzy:

  1. O ja, uśmiałam się jak głupia.
    No widzisz, a Sziluty nie boją się strzałów, butelek i autobusów, za to Szilut młodszy spiernicza z jazgotem do domu przed osiedlowymi yorkami, a Szilut starszy wysłany, żeby kundla odgonić płoży się przed nim, bo "Mame, nie zadzieram z większymi od siebie, a to chyba ze dwa kilo waży!". Także ten. Dzik by chyba zabił samym widokiem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie to wcale nie dziwi. One pewnie widzialy Monty Pythona - ten motyw z królikiem. I teraz jak widza takie Male, wkurwione i bojownicze to boja sie o wlasne zycie.

      Usuń
  2. Jak dobrze znów Cię czytać. :D

    Psiarze mają świetne priorytety w kwestiach mieszkaniowych - olać, jak daleko do pracy/sklepu/cywilizacji, grunt, że blisko są świetne miejsca spacerowe. :D

    Historia genialna. :D Uśmiałam się z Miszona przymarzniętego językiem do ścieżki i z heroicznego pościgu. <3 Ja się zawsze bardzo boję, że spotkam dzika, chociaż mój pies ma podobne myślenie do Twojego - boi się rzeczy typu zakładanie szelek, ale jak kiedyś mnie zaczepił pijany gość, to moje niespełna roczne szczenię dumnie nastawiało piersi, przybiegło z obwąchiwania pobliskich krzaków i warczało, nie dając podejść. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój pies uważa pijanych za całkiem klawych gości - to jakaś spuścizna po mieszkaniu na studenckich mieszkaniach :(

      Usuń
  3. Jak dobrze, że powróciliście! :D Janino kynologicznego świata, wielkie love <3

    BTW ja też z tych, co lubili Wrocław, ale głównie wtedy, kiedy tabliczka z nazwą mijała nas za oknem pociągu/auta. Sentyment pozostał, ale mieszkać tam bym za nic nie chciała :D 6 lat życia wystarczyło. Team wieś :P Wielkopolska zawsze spoko, choć z Wrocka do Poznania to chyba znów nie jest aż tak wielka różnica? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Roznica jest kolosalna!!! Serio! Ale to tez moze dlatego, ze przeprowadzilam sie tam z wlasnej, nieprzymuszonej woli i mieszkam w fajnym miejscu, z fajnymi ludzmi. Po pieciu latach spin, stresow i uzerania sie we Wroclawiu z ludzmi, mieszkniami no i ogolnie wszystkim - w koncu odpoczywam. I ja, i Misza.
      Nawet chcialam napisac cos wiecej, jakies porownanie, ale strasznie sie boje, ze sie jakas cholota zjedzie do mojego malego Raju na Ziemi i przestanie byc tak kulturalnie na sciezkach spacerowych.

      Ps. Nawet labradory polubilam!!! Te nasze na osiedlu sa fenomenalne!!!

      Usuń
  4. Wierze! Pan Mąż jest z Wielkopolski, okolice Kalisza więc wiem, że tam jest fajnie :D Dobrze żeście szczesliwe ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Poznań spoko;)
    My tu też sobie czasem na okolicznych łąkaolasach polowania urządzamy. Na razie wynik 0-1 w konfrontacji zając-Loki (mam nadzieję, że tak się utrzyma).

    OdpowiedzUsuń