Mam nadzieję, że do końca życia nie zapomnę tego dnia w roku 2013. Wracałyśmy akurat z długiego spaceru z dziewczynami-wolontariuszkam...

Wszystko zaczyna się od imienia

     Mam nadzieję, że do końca życia nie zapomnę tego dnia w roku 2013. Wracałyśmy akurat z długiego spaceru z dziewczynami-wolontariuszkami i - oczywiście - naszymi podopiecznymi. Jakoś tak się złożyło, że z psami w schronisku pracowałyśmy - a to robiło się podstawy posłuszeństwa, a to przywołanie - ale w związku z tym, że wolontariaty były dwa i jeden drugiemu bardzo lubił się wsadzać w pracę i psuć jej efekty toteż psy, nad którymi pracował nasz sześcioosobowy (?) DreamTeam dostawały inne imiona niż te na kartkach kojca. Myślę, że było to też odrobinę przekorne z naszej strony. 
     W każdym razie błoto gulgotało wesoło pod naszymi nogami... (A może już skrzypiał śnieg?) a my radośnie przerzucałyśmy się imionami. Wtedy jeszcze Kaja była chyba pierwszym psem, którego jakoś poważniej wzięłam pod swoje skrzydła po tragicznej stracie poprzedniej "faworytki" i błyskawicznych adopcjach każdej kolejnej, która wpadła mi w oko. Padło oczywiście na to, że skoro jestem studentką, to "mój" pies musi mieć alkoholowe imię. Jakżeby inaczej? Przyznaję, że byłam zafascynowana imieniem Tokaj i był plan, by moje futro się tak nazywało, ale szkopuł tkwił w tym, że mimo zawołania w ten sposób do Kai imię to po prostu mi się nie kleiło z tym konkretnym psem. Podzieliłam się więc wątpliwościami z resztą i - oczywiście - zaczęło się. Idąc z psami przerzucałyśmy jedną po drugiej nazwy trunków - był Bimber, Jabol i Absynt, było Sake, była Wódka (w końcu żeńska!), Wino, Tequila, Gorzała, Likier, Whisky, Sherry, Brandy, kilka "ówek" jak Cytrynówka, Malinówka, Lipówka, ale po zaproponowaniu Wpierdolówki porzucono pomysł takich zlepków. Kombinacje trwały jednak dalej i zaczynały być coraz bardziej absurdalne, zabawne i poniekąd frustrujące - żadna z tych nazw nie pasowała to tego konkretnego psa, imię nie kleiło się do osobnika. Jestem przekonana, że niejednemu INNEMU psu by one pasowały jak ulał, ale NIE TEMU. W sumie do każdego KTOŚ miał obiekcje i nie zawsze byłam to ja.
     Jeżeli nie znacie tego uczucia to Wam po prostu zazdroszczę, bo dla mnie dobieranie imienia do psa jest zawsze koszmarnym doświadczeniem - nie każde pasuje do danego zwierzaka a rodowodowe jest często tak wybuchową mieszaniną żenady i komizmu lub absurdu i patosu, że zwyczajnie odpada w przedbiegach. Po prostu musi zaskoczyć idealnie i żyję trochę z obawą, że któregoś razu nie zaskoczy i będzie jakiś Pimpek, któremu przeznaczone było żyć pod imieniem Napoleon. Czy to już poważna choroba?
      W każdym razie w tym momencie nastąpiła przerwa - nazwy znanych nam trunków się wyczerpały (a uwierzcie mi, że lista i tak była nadzwyczaj długa jak na grono, w którym tylko jedna osoba była oficjalnie pełnoletnia) a trybiki zaczęły działać na zwiększonych obrotach w tej chwili marszu pełnej ciszy i skupienia. W końcu padło jedno słowo:
- Misza. 
     Na które chóralnie wszystkie przytaknęłyśmy jakby zeszło na nas olśnienie - TAK. Ten pies jest "urodzoną Miszą". Jak mogłyśmy tego nie dostrzec? 
     Cztery miesiące później, w pewien upalny lipcowy dzień wraz z psem wybrałam się do sklepu zoologicznego. Zwykłe gapienie się na przedmioty, których nie potrzebuję, kupno gryzaka, mizianko i sprawunki dla królika. Wycieczka jak wycieczka. Wtedy właśnie dwie Panie patrząc na KajoMiszę kucnęły, dały powąchać swoją rękę i coś tam do niej szeptały a mój pies wyjątkowo zamiast uciec albo obszczekać wąchał zamyślony ich palce i niemrawo ruszał ogonem. Kiedy jedna wstała i nieśmiało zapytała:
- Przepraszam, czy to Miszka? 
     Nie można się było nie zgodzić, zdziwiłam się tylko - na głos - skąd wiedziały, że akurat ma tak na imię - przecież jej nie przedstawiałam. 
- A bo wie Pani, my prowadzimy taki dom tymczasowy. I kiedyś, dawno temu, może jakieś cztery-pięć lat wstecz, znaleziono w lesie szczeniaka, suczkę, więc wzięłyśmy ją na DT. Przysięgam, że był identyczny jak ona - i oczy, i te obwódki i te plamki dookoła noska! I ten szczeniak, proszę Pani, dostał właśnie od nas na imię Misza i z takim też imieniem powędrowała do nowego domu. Nigdy więcej jej już potem nie zobaczyłyśmy, jakoś kontakt się z tą rodziną urwał.
      Zamieniłyśmy jeszcze kilka słów, roześmiałyśmy, że "jakiż to niezwykły zbieg okoliczności - i ten wygląd, i ten wiek oszacowany przez weterynarza na ledwie rok czy dwa więcej", zapłaciłyśmy za swoje zakupy i rozeszłyśmy się w swoje strony. Przez całą drogę patrzyłam na mojego psa z pewną dozą rezerwy śmiejąc się w duchu z samej siebie i tego jak jestem naiwna.
     Chciałam, by ta historia była prawdziwa. By raz jeszcze nadane imię "Misza" dało temu psu kolejny start w całkowicie nowe życie, niczym szczeniakowi znalezionemu w lesie osiem lat temu.
      Chyba dało.

26 komentarzy:

  1. <3 Uwielbiam Wasz duet. Niesamowita historia, jak z książki. :) Również przywiązuję dużą wagę do imion, największą chyba do końskich. I o ile zachwycam się Husarią, Harpią, Fuksem (moją miłością) czy Bachusem, o tyle nie mogę zdzierżyć Atosa - jak można tak nazwać konia? :P
    Joy imię też znaczy. W schronie wołali ją Buba, a zanim została Dżoją, wołaliśmy na nią rozmaicie. Najpierw miała być Wiruna, potem Szelma, bo lubię polsko brzmiące imiona. Ale jej akurat pasowało angielskie - przekora na całej linii. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, ale Atos to przecież jeden z trzech muszkieterów! Co nie zmienia faktu, że jednak Portos i Aramis brzmią o wiele zacniej dla kopytnego... :D
      Ps. Szelma jest w deseczkę!

      Usuń
    2. Też tak myślę i liczę, że jeszcze będę miała okazję wykorzystać to imię. :)
      A co do Atosa - mi się od razu kojarzy z psem i to trochę tak, jakby nazwać konia Reksio lub Pimpek. :P

      Usuń
  2. moim zdaniem to możliwe, łączyłoby się z tym przywiązaniem do płota itd.. Moze to miał być labrador? Albo BOS? I potem nie urosła, poszła do lasu, z lasu do dobrych ludzi, od dobrych ludzi do złych bo miała pecha i pecho-szczęściem wylądowała w Twoim schronisku? Chciałabym wierzyć, ze tak było. Dla mnie nieznajomość przeszłości to męka, nawet jak chodzi o psy znajomych.
    Gi w Rodowodzie jest Brave Heart i moim zdaniem to największy przypał jaki znam. Na wystawach spływałam rumieńcem i wlepialam wzrok w ziemię na hasło "Brave Heart!!" (a na początku nie reagowałam zupełnie bo zapomninałam wiecznie, że to jego imię :p)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcesz rozmawiać o przypałach? Ptyś (przypał numer jeden) w rodowodzie ma THE KING... :D

      Usuń
    2. i tak lepsze niż BRAVE HEART i wychodzi taki Girowypłosz z miną "OMG czy nie oddycham zbyt głośno?" albo z nastawieniem "będe biegał i szczekał dookoła wszystkiego i zabjał każdego owczarka jakiego widzę... przynajniej do czasu aż do mnie nie podejdzie!"

      Usuń
    3. Może po prostu G'Iro nie lubi obnosić się ze swoją odwagą? :D

      Usuń
    4. Dokładnie! On jest odważny na innych płaszczyznach - na przykład Delty się nie boi!

      Usuń
  3. Doskonale Cię rozumiem, z imionami mam dokładnie tak samo i kiedy wymyślałam imiona dla moich psów i w końcu trafiłam na TE WŁAŚCIWE żadne argumenty nie były w stanie przekonać mnie, że są mało psie, za trudne i w ogóle fuj. ;)
    Rodowodowo natomiast mnie jakoś specjalnie nie pokarało, bo synuś jest Hard Rock, a królewna Audrey Hepburn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi w ogóle oba imiona Twoich psów niesamowicie do nich pasują :D Nie spotkałam żadnego, ale jakoś tak czuję to :D
      a Audrey Hepburn w rodowodzie brzmi kozacko!

      Usuń
  4. Dla mnie imię też jest bardzo ważne i... nie jestem zadowolona z tego, jak nazwałam swoje suki (co ja miałam wtedy w głowie?). Teraz rozglądam się za trzecim i potwierdzam, to koszmar! Jest parę pomysłów na imiona dla facetów, ale nic mi po nich, skoro będzie trzecia baba i raczej żadne z tych imion do suki mi nie pasuje. Jeszcze będę trochę czekać z nazwaniem kolejnego psa, ale za imionami rozglądam się już teraz, żeby nie obudzić się znowu z ręką w nocniku i po kilku miesiącach stwierdzić, że jednak to imię mogło być lepsze :P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na swoje niby już mam imiona i jednocześnie zdaję sobie sprawę, że wszystko rozstrzygnie się i tak jak zwierzę będzie w domu, bo może sie okazać, że akurat to imię nie pasuje do TEGO KONKRETNEGO psa :D

      Usuń
  5. Ja sobie nigdy nie wybaczę, że Miczelski jest Miką :P Ale trochę się tłumaczę, że do schronu jechałam po samca i dla niego imię miałam, a niespecjalnie wyszło. Chociaż i tak na kolejnego psa mam już kilka typów i ciężko będzie wybrać :D Tym bardziej, że facet mój też ma swoje typy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, ja uwielbiam takie mylące imiona :D
      Zróbcie jak w tym filmie Beethoven - imiona na karteczki, karteczkę do czapeczki i co wypadnie to bęc! :D

      Usuń
  6. Co do alkoholowych imion, to znam przemiłego konia Martiniego :D
    Naprawdę super post! Świetnie mi się czytało! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      A na Martini nie wpadłyśmy O_O Nie wiem dlaczego, imię całkiem w porządku, chociaż kojarzy mi się z Ricki Martinem :D

      Usuń
  7. U nas imiona... wyszły same.
    Bohun został tak jak w rodowodzie (dłuższa historia naznaczona przeznaczeniem - urodził się tego samego dnia, tylko 12 lat później niż mój poprzedni ukochany pies Borys, u którego roważaliśmy właśnie imię Bohun)
    Zuzię wymyślił małżon... nie wiem jak, po prostu powiedział, że to jest Zuzia i koniec.
    Bromba.... kurcze, no to tak jak Misza. Bromba to klasyczna Bromba i nikt nie ma co do tego wątpliwości. Brombiakowatość wypływa z niej każdym otworem ciała.
    Mieszko.... tak ma w rodowodzie kawaler, dla mnie jest Mieszunem i innymi wariacjami wokół.
    Eevee (tak, najbardziej masakryczne imię w naszym stadzie) - tak ją nazwała jej niedoszła właścicielka z magicznego USA. Na szczęście własnymi torami, tydzień przed wylotem dziewczęcia do nowego domu, doszłam do tego, że pani jest wyjątkowo doskonale zakamuflowanym pseuduchem.... ale młode już na imie reagowało bezbłednie. To zostało. Wg małża - Iwa :P

    Pozdrawiamy!
    Śledź też pies

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eevee to jak ta biała androida z Wall-e :D
      Przynajmniej tak mi się kojarzy. Dobrze, że się połapałaś, że Pani jest z fabryki szczeniąt, bo by się maleństwo nieźle nacierpiało :/ Fabryki są jak widać wszędzie :/

      Usuń
  8. Myślałam, że tylko ja mam taką obsesję związaną z imionami. High five!

    Imię ma moc, imię ma energię, imię musi coś znaczyć, imię jest czymś indywidualnym, co określa dane stworzenie. Jak widzę ludzi pytających na fejsbukach jak nazwać swojego faficzka to mam ochotę walić głową w ścianę, to chyba już jakaś choroba :D

    Zuzanka została Zuzanką z Nowodworu na potrzeby zidentyfikowania jej w schronie i ogłoszeń. Krótko przed odkryciem istnienia tej psiej osobistości, byłam ze znajomą w przychodni weterynaryjnej i młody, przystojny pan weterynarz łapał w poczekalni małą czarną psia uciekinierkę, właśnie Zuzankę - stwierdziłam, że to urocze imię, zwłaszcza dla małego pieska. Później przyszły wszelkie wariacje na temat i nie - Zu, Zuz, Zuza, Zuzeł, Żurek, Gluś, Gnoju cholerny, Myszka... Babcie na osiedlu nie miały zielonego pojęcia jak ten pies ma na imię, kiedyś jedna z nich spytała - a ten PIESEK ma na imię MISIO, prawda?
    - Nie, Zuzanka.

    Natomiast Raven miała być psem (w dodatku psem bardzo określonej rasy!), ale to już chyba wszyscy wiedzą :D Psem, Psem Kruczkiem dokładnie, innymi słowy Ravenem, Krukiem, Synusiem. Kruk jest "ciężkim" imieniem i jego angielski odpowiednik nieco łagodzi ten wyraz, a uwielbiam aspekt kulturowy związany z krukiem (mitologia, symbolika). Imię to spłynęło na mnie nagle któregoś dnia w autobusie w drodze do pracy i wiedziałam, że przyjdzie do mnie kiedyś pies, który będzie MUSIAŁ mieć tak na imię. Traf chciał, że stało się to prędzej niż później, a płeć wyszła nie do końca zgodnie z założeniami. W Jułeseju jednak imię Raven jest ponoć popularnym imieniem żeńskim, więc niby nie ma lipy. Żeby było śmieszniej, całkiem niedawno odkryłam inne, mniej oczywiste znaczenia słowa "raven", uwaga: łupiestwo, grabież, łup, zdobycz, grabić, żerować, być zachłannym. Tadaaaaa :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uzupełniająco - na imiona i ich znaczenie warto też uważać. Nazywasz psa "kruk" i liczysz na mądrość i wrodzoną inteligencję, a dostajesz od życia ino ptasi móżdżek.

      Usuń
    2. Te inne mniej oczywiste jak dla mnie pasują jak ulał :D

      Usuń
  9. Dla mnie też imię jest bardzo ważne. I choć akurat Janka wyszła spontanicznie i bazując na jej poprzednim imieniu, to jestem z tej zmiany bardzo zadowolona i uważam, że niesamowicie pasuje do mojego psa. Co prawda nie przepadam za nazywaniem psów ludzkimi imionami... no ale wyszło jak wyszło :D Mam też imię dla przyszłego psiego mężczyzny, choć jestem więcej niż pewna, że ostatecznie będzie zupełnie inne, gdyż to konkretne było przeznaczone dla jednego kawalera, który prawie zagościł u mnie w domu na stałe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się połapałam, ze Janka jest od ludzkiego imienia dopiero jak w parku do niej powiedziałaś "Janino" :) Tak to bym w sumie do tego nie doszła, to imię jest od pewnego czasu niezbyt popularne, niewiele osób je nosi, więc w sumie nie skojarzyłam skrótu (zdrobnienia?) :)
      Też ludzkie? :> Bo nie wiem czy tego kawalera brać na dosłownie :D

      Usuń
    2. Kawaler nie będzie nosił typowego ludzkiego imienia, jeśli oczywiście TO imię będzie do niego pasowało ;)

      Usuń
  10. Wiesz, przed zanięciem wymyślamy z małżonem imiona dla naszego przyszłego psa... Cos w tym jest :P
    Sheala została Shealą po schronisku - wprawdzie tam w papierach miała Linda, ale jedna z pracownic nazywała ją Szilą. Imię miała mieć zmienione, byłam na świeżo po lekturze "Idioty" i choć do teraz uważam Agłaję za niestrawną kretynkę, to samo imię wydawało się pasować. Do czasu kiedy Bartek spojrzał na nią, uśmiechnął się i powiedział: Sheala de Tancarville. Ciekawa jestem jak nam ostatecznie wyjdzie z imieniem dla nowego psa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Linda jak dla mnie brzmi nie do zniesienia ;d

      Usuń