Czasami, żeby pójść do przodu trzeba zamknąć pewien etap życia. Ja, już od pewnego czasu, czułam że takim etapem jest Delvardian - mój ...

Pożegnanie z Delvardianem

     Czasami, żeby pójść do przodu trzeba zamknąć pewien etap życia. Ja, już od pewnego czasu, czułam że takim etapem jest Delvardian - mój rysunkowy fanpage. Ani to to nie było motywujące, ani potrzebne, jedynie wprowadzało w moje życie małe zamieszanie, z którym walczę sobie do dziś dnia.
      Jeszcze kilka(naście?) miesięcy temu rozmawiałam z dwiema nieznającymi się artystkami. Prace obu bardzo cenię, jednak z biegiem czasu zauważyłam, że ich twórczość zaczęła zanikać. Jedna odcięła się od realistycznych portretów i poszła tworzyć swoje dzieła, druga jakby ucichła i tworzyła sporadycznie, po rozmowie z nimi wniosek był jeden i oczywisty - wypalenie. Okazuje się bowiem, iż pomiędzy wizją tego co dla nas jest w porządku i piękne, a tym co w porządku i "idealne" jest dla klienta leży czasami dziura, czasami przepaść. Jedno zasypiesz, drugie musisz spróbować przeskoczyć - oba demotywują tak samo.
    O ile nie mogę na prawdę narzekać na ludzi, z którymi przyszło mi współpracować w przeszłości, o tyle też zdarzały mi się kwiatki - zarówno w wykonaniu dzieci jak i dorosłych - pod tytułem "dlaczego tak drogo", "chyba cię przeżegnało" oraz "a to za to się płaci". Klienci, którzy uważali, że za bezcen należy im się gwiazdka z nieba byli najlepsi - z reguły nie odmawiałam współpracy z nikim (po pewnym czasie olałam tylko rysowanie ludzi) uważając, że każde doświadczenie wzbogaca. Nieważne więc było jak kiepskie było zdjęcie, jaki poziom trudności, jaki typ futra i ile źdźbeł trawy trzeba było naciapać na portrecie - brałam wszystko wychodząc z założenia, że to zawsze nauczenie się czegoś nowego.
      Jak się okazało tego typu myślenie nie było błędne - w stosunkowo krótkim czasie, bo na przestrzeni dwóch lat, niestraszne mi było rysowanie drzewek, kory, liści czy detali na kwiatach wrzosu, przy których ołówek mechaniczny o wkładzie 0.5mm musiałam dodatkowo piłować, bo był za gruby. Dopieszczałam też każdy włosek, kropkę i plamkę na oku - a końcowy efekt, który pojawiał się przeważnie na przestrzeni czterdziestu godzin pracy rozłożonych w tydzień lub dwa - zaczynał mnie zachwycać. W międzyczasie odkryłam też, że na samo tło muszę poświęcić około trzech dni, żeby nie skiepścić nim całego rysunku i tak z miesiąca na miesiąc powoli zaczynałam się wyrabiać w kwestii techniki, bowiem w kwestii portretów realistycznych NIE istnieje coś takiego jak talent, dar czy cokolwiek innego. Jest tylko nieludzka ilość godzin spędzonych na szlifowaniu umiejętności, dochodzenie do własnych błędów i szlifowanie poprawnych technik, nie zawsze, ale czasami również nauka obserwacji. Ludzie rysujący portrety realistyczne nie są artystami. To rzemieślnicy. I jak każde rzemiosło - rysunek ten może być opanowany w lepszym lub gorszym stopniu a każdy element można wyćwiczyć. Różnica między mną a ludźmi, którzy tego nie opanowali jest taka, że ja mam czas (a nawet jeżeli nie mam to go znajduję - przeważnie pomiędzy 22:00 a 3:00...), chęci i nieludzką cierpliwość, żeby poprawiać jeden włos w nieskończoność - bo za gruby, bo nie w tę stronę, bo... Nikt nie zwróci na niego uwagi, ale mnie będzie w oczy kłuł.
      I tak ciągnęło się moje rzemiosło, stworzyłam listę osób chętnych na rysunek, jednakże już w momencie rysowania Psikuta dla Marty coś we mnie pękło. Psikut był przełomowy głównie dlatego, że pierwszy raz zaczynałam ten sam rysunek trzy razy. Poprzednie wersje przeważnie szły do kosza po prześlęczeniu nad nimi około 10-20h, więc sama świadomość tego ile pracy jest zmarnowanej była frustrująca, do tego dochodziła jeszcze świadomość, że nagięłam termin do przesady a to, co wychodzi aktualnie nie satysfakcjonuje mnie w stu procentach. Dodatkowo pozostali ludzie czekają, wpadam sobie w kołowrotek i gonię własny ogon. Kiedy pasja (a rzemieślnictwo na tym poziomie dla mnie już nią jest) zaczyna być gwoździem w dupie, bo robisz coś nie dlatego, że chcesz - że nie możesz doczekać się końca dnia i sięgnięcia po ołówek - ale dlatego, że musisz, bo zbliżają się terminy, bo x osób na ciebie liczy, tyle samo oczekuje, wtedy coś zaczyna być nie tak. Kiedy coś, co dawało ci pewność siebie i chwilę wytchnienia sprowadza się do frustracji na słabą jakość zdjęć, które dostajesz do rysunku, klienta, który nie rozumie, że bez dobrego materiału nie zrobię dobrego rysunku (przecież artysta powinien z dupy wyciągać detale, w głowie mieć proporcje - rzecz unikalną dla każdego czworonoga jednak - a więc i długość uciętych na focie uszu, kufy, języka), i zarywanie nocy byle zmieścić się w terminie - wtedy dzieje się coś złego zarówno z tobą i twoją pasją. Przestajesz czerpać przyjemność z tego co robisz, zamiast tego coś co rzekomo miało być ucieczką od rzeczywistości i lekarstwem na stres jest jak zamiana jednego więzienia na drugie.
     Ze mną i z moją pasją działo się coś złego już od dłuższego czasu. W 2014 roku stworzyłam listę psiaków, które wybrałam narysować. Lista miała strasznie dużo pozycji, z których do tej pory udało mi się zrealizować... 17. Ta liczba w skali roku wydaje mi się tak demotywująca, mimo iż zdaję sobie sprawę, że część z tych siedemnastu pozycji to formaty duże - A3, B2, A1 - że wielu rysunków, które tworzyłam na przestrzeni ostatnich miesięcy tam nie ma. Jednakże ciężki mi przetłumaczyć to samej sobie i dojść do ładu ze świadomością, że na kolejne kilkanaście miesięcy jestem ponownie zablokowana. Dwa lata temu pod choinkę dostałam kredki, rok temu piękne pastele, mam tablet graficzny... I nic z tego nie może zostać użyte, na nic nie ma czasu.
     W zeszłym roku, szczególnie pod koniec, zaczęłam od niechcenia tworzyć coś dla siebie. Było to jakby drugie głośne pęknięcie, tylko o ile to wcześniejsze było pękaniem lodu pod stopami i pluskiem kogoś kto wpada po uszy, o tyle to było stanowczym dobijaniem się tego kogoś spod lodu - i to na tyle efektywnym, że tenże pękł.  Rysunki, które dla odmiany zajmowały piętnaście minut a nie piętnaście dni były czymś cudownym. I to było to - jakby ponownie się zakochać i poczuć motylki w brzuchu - zaskoczyło fantastycznie i iskra pogrzebana dawno temu przez ograniczanie się formą realistyczną, zaczęła się tlić. Aktualnie jest żar, do ognia daleko. Jak będzie dalej - nie wiem. Wiem natomiast, że na pewien czas potrzebuję po ludzku zniknąć na chwilę, żeby nie zniknąć na zawsze.
     Dlatego też 2016 rok jest dla mnie rokiem zmian w mojej twórczości, z których pierwszą jest rezygnacja z Delvardiana. Z przydomku artystycznego, fanpage, rysowania zwierząt ze stworzonej nie tak dawno temu listy. Mam nadzieję, że Wy, którzy się tam znajdujecie - zrozumiecie - przerwa należy się każdemu, a osobiście czuję, że po pięciu latach rysowania pod cudze dyktando czas najwyższy na zrobienie czegoś dla siebie i pogmerania trochę w byciu twórczym a nie odtwórczym. Nie zaniechuję jej na zawsze, ale z pewnością na chwilę. Obiecałam sobie bowiem masę projektów, które CHCĘ zrobić, a na które nigdy nie miałam czasu - między innymi ze względu na to, że zawsze były WAŻNIEJSZE rzeczy. Rzeczy obiecane. Rzeczy z Listy, która lada dzień zaczęłaby mi się śnić po nocach, a która już dosyć skutecznie straszy mnie z puplpitu.
     I zdaję sobie sprawę z tego jak niesłowna i nieobowiązkowa w tym momencie jestem, ale szczerze mówiąc - wolę to, niż niechęć do samej siebie, frustrację i bycie plastytutką. Może wzięłam na siebie zbyt wiele, ale szczerze mówiąc - nawet pojedyncze zamówienie w aktualnej chwili budzi we mnie niechęć i przemożne pragnienie by zacząć pisać prace magisterską.
     Może to jest sposób na jej ukończenie...?

4 komentarze:

  1. To Twoja decyzja. Jeśli czujesz, że to już nie to, to niby czemu miałabyś się zmuszać? Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nic na siłę, bycie plastytutką nie jest OKey :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobra decyzja :) Szczerze mówiąc, średnio sobie wyobrażam rysowanie na zamówienie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Moim zdaniem taka decyzja jest dobra. Jeśli Twoja pasja miałaby stać się czymś, co robisz wbrew sobie - to okropny scenariusz. Szukanie swojej drogi i poznawanie wszystkiego drugi raz, "na nowo", na pewno będzie wyjątkowym etapem. Tego Ci życzę. :)

    OdpowiedzUsuń