Mój "pierwszy Internet" dostałam w 2004 roku. Było to na tyle dawno temu, że można te lata określać jako "za moich czas...

Festiwal wyobraźni i kreatywności

     Mój "pierwszy Internet" dostałam w 2004 roku. Było to na tyle dawno temu, że można te lata określać jako "za moich czasów" i wzdychać nostalgicznie na ich wspomnienie. W Polsce wtedy raczkowało Gadu-Gadu, poważną konkurencję robił mu tylko komunikator Tlen, a o Facebooku w naszym kraju jeszcze nie słyszano - i nic dziwnego, bowiem Zuckerberg i jego kumple w tych czasach właśnie go uruchomili i startowali w Stanach.
     W Polsce natomiast ludzie musieli szukać innych sposób zrzeszania się, szukania kontaktu takich samych geeków jak oni, i okazało się, że niezastąpienie tę rolę spełniały internetowe fora dyskusyjne. To właśnie w takich miejscach psiarz odnajdywał psiarza, miłośnik książek drugiego miłośnika i bloger blogera. Powstawały panele dyskusyjne ostrzegające przed nieuczciwością hodowców, nawołujące do pomocy ofiarom przemocy, radzące w jaki sposób rozwiązać dane problemy lub też zwyczajnie wymieniające się poglądami na temat ulubionej lektury, rasy czy też portalu i szaty graficznej.
     Uwierzcie mi - dyskusjom nie było końca, szczególnie, że początkowo ludzie jakby nie wiedzieli czym jest porządny shitstorm a miejsca przepełnione wonią fekaliów były po prostu opuszczane. Ach, aż sie łezka w oku kręci kiedy człowiek sobie przypomni, że pierwsze konkretne gównoburze rozpoczęły się wraz z nastaniem akcji rasowy=rodowodowy kiedy to świat dzielił się na dwa obozy - dobry hodowca to ten co rozmnaża z rodowodem, zły to ten co rozmnaża bez rodowodu. Ludzie zdawali się jeszcze nie zdawać sprawy z tego, że świat nie jest tylko czarno-biały i świadomie (lub nie) ignorowali wszelakie odcienie szarości.

     Jednak to, co pamiętam najbardziej to fakt, że były też one - krainy, w których kwitła kreatywność, na początku nazywane RPG, potem przekształcone na PBF (Play by Forum). Niezależnie jednak od nazewnictwa zabawa była prosta - rejestrując się przybieraliśmy imiona naszych postaci, odpowiednie działy for były miejscami akcji, niektóre PBF miały swoje mapy by lepiej zobrazować krainę, inne bazowały na istniejących w rzeczywistości miejscach. Potem nie zostawało nic innego jak wcielić się w swoja postać, dołączyć do danej grupy (lub nie) i działać na całego. Nikogo nie obchodziło czym byłeś i kim byłeś. Liczyła się gra.
     Przyznać trzeba, że kto nigdy nie bawił się w takie rzeczy nie zrozumie za czym tęsknię - niezliczone godziny przesiedziane przy tworzeniu - najczęściej spontanicznie - fabuły takiej gry były czymś niesamowitym i pobudzającym kreatywność i wyobraźnię. Jedni opisywali swoje postacie dokładnie, inni powierzchownie. Jedni skupiali się na dialogach, inni generowali wokół swoich postaci taką atmosferę, że do tej pory myśląc o nich mam przed oczyma dosyć jasne i jednoznaczne obrazy (słońca i jednorożców albo mordu i masakry). Była kupa śmiechu, były wątki, które czytałam - nie ingerując swoja postacią - tylko dlatego, że inni tak dobrze je prowadzili.
     Podczas tych sesji mogliśmy być wolni, mogliśmy być tym kim chcemy i nie żałować ani chwili. Żyć cudzym życiem - jak w simsach - a jednocześnie dać się bez kresu pochłonąć  w tworzenie obrazów słowem i w te cudze życia wplatać cząstkę siebie. Nie zgadniecie ile blogów, które dziś czytacie myśląc "wow, ale ma lekkie pióro/ale super mi się to czyta" to blogi prowadzone przez ludzi uczestniczących w tym swoistym Festiwalu wyobraźni i kreatywności.
     Nie jestem w stanie spamiętać ile żyć w ten sposób przeżyłam. Sparodiowałam z przyjaciółką "Zmierzch", byłam kwintesencją kociej wyższości, burkliwości i złośliwości jako Imadło, spotkał mnie szalony trip na grzbiecie wilczarza irlandzkiego Kiary i śmierć z rąk złego charakteru gry. Był szalony pitt bull czarnego mafioza, ale jak się okazało nikt w tym teamie nie sprostał stereotypom - pitt bull wolał być głupawym psem, mafiozo nie miał smykałki do zabijania i bycia mrocznym. Byłam pewnym siebie wojownikiem z pechem w życiu, dwiema lewymi łapami, odrobiną idealizmu i wiadrem poczuciem humoru (synem najmroczniejszej wadery w grze!) a przywódcą mojej watahy (bo, a jakże, wojownik był wilkiem!) była czarna wredota, którą ktoś tak umiejętnie prowadził, że mogłaby pisać o hiszpańskiej inkwizycji a zaśmiewałabym się do łez. Była istota opętana, seryjny morderca, komik i ponurak. Prowadziłam też niezliczone ludzie życia w świecie amerykańskich miast takich jak Calgary czy Palm Beach, kilka takich istnień było serią niefortunnych zdarzeń, większość - jak się domyślacie - była serią zdarzeń dowcipnych. Uwielbiałam, przy całym natężeniu poważnych lub mrocznych postaci, prowadzić moje "pionki" w sposób luźny, humorystyczny i nieprzewidywalny.
     Gra inspirowała nas nie tylko do pisania tych swoistych opowiadań, ale również na jej podstawie powstało wiele rysunków. Ja osobiście znalazłam zaś wielu artystów, których rozwój śledzę z zachwytem po dziś dzień - zarówno pracujących tradycyjnie, komputerowo czy fotografów.
     Wszystko co ma swój początek musi mieć jednak swój koniec, tak więc aktualnie miejsca te trącą wonią rozkładu - ich czas zdecydowanie minął, więc to, co pozostało mi i innym, którzy brali udział w tych przygodach, patrolach, tańcach na krawędzi urwisk, zaganianiu lwów na drzewa, jazdach na szalonych wilczarzach czy nocnych schadzkach to po prostu pamiętać, że zanim poszliśmy na studia, skończyliśmy szkoły i zaczęliśmy przejmować się tym co inni pomyślą - całkiem przyzwoicie przeżyliśmy wiele żyć :)

1 komentarz:

  1. Wow, szkoda, że wcześniej nie znałam takich miejsc :/

    OdpowiedzUsuń