Wczoraj bardzo sumiennie podeszłam do tematu hodowania sobie garba i tak do wpół do pierwszej dnia dzisiejszego siedziałam zajarana ja...

Analiza roku 2015

     Wczoraj bardzo sumiennie podeszłam do tematu hodowania sobie garba i tak do wpół do pierwszej dnia dzisiejszego siedziałam zajarana jak dziecko z mazaczkami, kredkami, długopisem i czystą kartką. O co chodzi? Ano niefortunnie znowu wdepnęłam do Andrzeja Tucholskiego i postanowiłam zrobić analizę roku trzymając się mniej lub więcej jego wskazówek. Wcześniej się do tego zabierałam, ale wychodził mi chaos, w sumie nie wiedziałam co chciałam przekazać, jak to posklejać, na czym się skupić, jak pogrupować i do końca jak się za to w ogóle zabrać. Po piętnastu minutach u Andrzeja wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce a ja siedziałam skupiona na zadaniu lepiej niż dorośli na swoich kolorowankach. Skupiłam się na psiej sferze, jednakże po rozpisaniu jej zabrałam się również za element ludzki i mój rok, bo jednak nie samym czworonogiem żyje człowiek. Przyznać muszę, że wyniki były zaskakujące.

A zacząć trzeba od tego, że ten rok (jak chyba każdy odkąd mam psa) był intensywny w porównaniu do wszystkich poprzednich bezpsich lat a jednak mimo to wydawał mi się nudny kiedy tak nostalgicznie wspominałam go o północy w Sylwestra. Okazało się jednak, że pominęłam kilka wydarzeń (dzięki Ci facebooku, że pamiętasz :P) i założyłam, że należą do poprzednich lat a tu psikus. 

#1 Kilometraż i sporty
W roku 2015 odkryłyśmy fajną sprawę - rower. W sumie jak tylko dostałam na urodziny linkę z amorkiem i nowe guardy postanowiłam, że czas najwyższy się za coś wziąć. Piąteczka, to było to! Oddałyśmy się obie temu zajęciu bez pamięci i już po niedługim czasie widać były efekty tego romansu w ubytku kilogramów, zwiększonej wytrzymałości, opaleniźnie (to ja) oraz wzroście pewności siebie, posłuszeństwa i odporności na stres (to Miszon). Nasze hobby zaowocowało łącznie w przejechanie około 1300 km - z tego niemalże połowa, bo - w zaokrągleniu - około 650 km przejechałam w towarzystwie Miszona. 
Na treningach w okresie luty-maj spasowałam frisbee i skupiłam się na wzmacnianiu mięśni Owczara, a po kilku sesjach w wakacje stwierdziłam, że w sumie wolę rowerować niż rzucać deklami, bo robię to, co kocham tylko na mniejszą skalę: podróżuję. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem z Misza na takim luzie odkryłyśmy tyle nowych miejscówek. W 2015 na naszą mapę wskoczyły takie rejony Wrocławia jak Wały (masa wałów w każdym miejscu Wrocławia), Biskupin, Kozanów, Pracze Odrzańskie, Stabłowice, Górka Słowiańska, Mosty Warszawskie i Trzebnickie, Most Milenijny, Psie Pole. Wstawałyśmy przed wschodem słońca by móc dostać się do kolejnych zaplanowanych punktów takich jak Parki: Zachodni, Wschodni, Południowy, Grabiszyński, Popowicki, Staszica, Kleciński czy Szczytnicki (które zwiedziłyśmy wzdłuż i wszerz). Odwiedziłyśmy Las Rakowicki, wróciłyśmy przez Niskie Łąki, zgubiłyśmy się w deszczowy kwietniowy dzień w poszukiwaniu Lasu Osobowickiego będąc dobre dziesięć kilometrów od domu rowerem, przemokłyśmy do suchej nitki odkrywając drogę na Wojnów, Łany, Dobrzykowice. Oglądałyśmy zachód słońca pod Trestnem na Mokrym Dworze w letni wieczór, spędziłyśmy ranek w Parku Wschodnim na plenerku rysunkowym i rzucaniu piłeczki. 
Pojechałyśmy autobusem do Sobótki gdzie w jeden z letnich dni Misza odkryła jaką frajdę sprawia tarzanie się w dół trawiastego pagórka, wróciłyśmy tramwajem z Kleciny i Sępolna do domu. 

#2 Ludzie i wydarzenia
Nie ruszałyśmy się za bardzo z Wrocławia, ale w samym Wrocławiu również wiele się dzieje. Miałam jedne z najciekawszych urodzin jakie pamiętam - wbrew temu co zawzięcie powtarzam okazało się, że mam znajomych, niektórzy chyba nawet mnie lubią, bo w tym moim nie tak małym pokoju, na urodziny było... ciasno - Miszon wpuściła chyba pierwszy raz na swój teren około dziesięciu osób i pięć kudłatych tyłków. 
Okazało się również, że było to jej najlepsze DCDC - nie próbowała uciekać na rączki, nie trzęsła się jak galareta, zamiast tego mogła biegać bez smyczy bez obawy, że się zgubi wiejąc gdzieś w panice. Wręcz przeciwnie - ładnie pracowała, ładnie się pilnowała i nawet wykazywała w jakimś stopniu społecznymi umiejętnościami. Poznałyśmy masę ludzi, z którymi spędziłyśmy całkiem przyjemnie czas, każdy z nich wniósł coś nowego do naszego teamu, a kilka osób dało kopa i pokazało rzeczy, których potrzebowałam, żeby ruszyć do przodu w kwestii szkolenia i resocjalizacji mojego psa. 

#3 A skoro o szkoleniu mowa
Najważniejszy jednak okazał się ten wpis. To właśnie w nim psioczę na swojego psa, na wieczne zawody, rozczarowania tym czym Misza nie jest. Teraz nie mogę sobie wyobrazić jak to było i skąd się wzięło, już w okolicach listopada, kiedy przenosiłam bloga, nie mogłam. Miszon rozczarowaniem?
No może troszeczkę. Od lutego, odkąd zaczęłam poważniej podchodzić do kwestii jej treningów rowerowych jakby spuściłam z tonu w kwestii kazania mojemu psu być tym czy tamtym a zaczęłam cieszyć się z tego, że to właśnie ten pies towarzyszy mi w życiu - inteligentna, wrażliwa i piekielnie szybka bestyjka, której zalety zaczęły się ujawniać właśnie kiedy dostała odpowiednią dawkę ruchu i zajęcia. 
Kiedy tak usiadłam do analizy tego roku zdałam sobie sprawę, że wydarzyło nam się kilka errorów po drodze:  
  • Miszon zaschizowała ostatecznie na kliker i odmawia współpracy natychmiastowo po jego wyciągnięciu.
  • Nie bardzo i nie zawsze podobało jej się wychodzenie na spacer z obcymi.
  • Pykające butelki (rili, psie?) są potworami.
  • Broni afgana jakby był jakimś taboretem albo innym przedmiotem specjalnej troski. 
  • Potrafi uciekać mieląc gówno w ryju i - słowo daję - jej wyraz pyska mówi: HE HE HE HE 
  • Pod koniec roku aport jej się pogorszył i zaschizowała na 6 miesięcy na odbicia od przewodnika 
  • Na spacerze ze współlokatorką po spuszczeniu ze smyczy zwiała do domu (ostrzegałam :D).
  • Kilka razy spanikowała na zostawanie samodzielne w pokoju = otworzyła sobie drzwi i poszła obczaić czy przypadkiem ktoś nie zostawił kotleta na podłodze w kuchni.
Ale jednocześnie też okazało się, że mamy na liście więcej sukcesów niż porażek, co napompowało moje ego niesamowicie:
  • Rondo Regana - Miszon chodzi przejściem podziemnym pod Rondem i z przodu Pasażu Grunwaldzkiego bez gubienia kontaktu z rzeczywistością.
  • Ruchliwe ulice - spaceruje obok nich i nie są potworami. Ostatnio nawet się załatwiła na trawniku obok takiej ulicy. 
  • Spacerowanie chodnikiem wzdłuż którego ulicą biegną tory tramwajowe i co chwila coś tamtędy przejedzie NIE JEST już dramatem.
  • Gości potrafi witać na komendę - dalej drze mordę ale już się tak nie nakręca. I na spacerach też coraz rzadziej pojawia się IOIOIOIAUHAUHAUIOIOIO :D
  • Nie rzuca się na obcych ludzi a zdarzały jej się wyskoki na przykład w styczniu jeszcze. Dziabanie obcych zostało jej skutecznie wybite z głowy. 
  • Sylwester, którym jaram się najbardziej - 30.12.2014 był żegnany w łazience gdzie pies trząsł się cały wieczór i do pokoju wrócił około czwartej czy piątej nad ranem. Petarda na ostatnim spacerze - mimo że w oddali - zakorkowała psu tyłek na amen. W tym roku 31.12.2015 - pies spał przez większość wieczoru, petardy na ostatnim spacerze w miarę olała - mimo pykania załatwiła się, w godzinę zero dostała konga i sam fakt, że chciała go zjeść jest dla mnie wystarczającym powodem do dumy - jeszcze rok temu nie spojrzałaby na najpyszniejsze rzeczy w Ten Dzień. 
  • Zrobiłyśmy sobie wycieczkę bez spiny na Plac Bema - kolejny węzeł komunikacyjny, który budził do tej pory szalone UCIEKAJMY, MORDUJO. 
  • Zaczęła pływać (ok, "pływać") :) 
  • Bawi się w ganianego z coraz większą ilością psów, na spacerach grupowych przestaje łazić za mną krok w krok i potrafi od czasu do czasu iść coś wąchać. 
  • Wypracowane zostało posłuszeństwo przy rowerze oraz aport a tyłkiem zaczęła wchodzić na pionowe ściany :)
  • Odkręciłyśmy w grudniu odbicia od przewodnika.
  • Jak już wcześniej zostało niewinnie wspomniane - przewiozłam ją tramwajami i autobusami... i było super - pies na kontakcie, nerwowy ale żrący i nie śliniący się jak idiota ze strachu. 
  • Chyba wybudowanie pewności siebie u Miszona.
  • Przyzwyczajenie do kagańca na kilku posiedzeniach.
Nie będę sztucznie skromna - odwaliłam kawał dobrej roboty i cieszę się, że W KOŃCU to wszystko zaczęło ładnie się ze sobą kleić a ta analiza mi to pokazała.

 #4 Psi goście i praca
Tymczasowałyśmy na pełen etat Tixę, na pół gwizdka niańczyłyśmy Azę, Riko, Bryśka, Lukę, trochę Tobi, Gizma i nocował u nas Ptyś oraz Zara. Wyprowadzałyśmy psa starszej sąsiadki. Co to oznacza? Miszon jest pięknie gotowa na drugiego psa, nie pamiętam kiedy tak bardzo mi pomagała układać i ogarniać inne futra (w przypadku Bryśka i Ptyśka to raczej oni pomagali układać Miszcza), szczególnie Tixę. Kto widział staffika wie ile pracy zostało w niego włożone - zarówno z mojej strony jak i ze strony jej poprzedniej opiekunki.
Do tego w ramach bazarku na zdrowie Miszona miałam podróż do Siekierczyna, co było na prawdę wspaniałym przeżyciem, niesamowitym dniem... również spędzonym na pomocy - zarówno w wyprowadzaniu zwierzaków, które tam mieszkają jak i robieniu zdjęć zwierzyńcowi do adopcji. Dwa z trzech psów z tej sesji znalazły domy - yupi!
Najważniejsze jednak jest to, że poznałyśmy Tixę dzięki czemu mogłyśmy jej na prawdę pomóc.
 Kolejną sprawą była praca w szkole i hotelu dla psów. Szkoła nauczyła mnie wielu rzeczy, w tym jakiegoś sensownego użycia awersji (dzięki czemu zarówno Misza jak i Tixa wyskoczyły do przodu z zachowaniem). Jednakże też sprawiły, że podjęłam decyzję, iż rozważę 666 razy oddanie Miszy do hotelu. To, czego się tam naoglądałam zerwało jakiekolwiek wątłę zaufanie do takich miejsc.

#5 Rok weterynaryjny 
 Jakoś spodziewałam się tego w momencie kiedy 31 grudnia biegłam do weterynarza z kaszlem kennelowym psa. Okazało się, że 2015 rok jest rokiem weterynaryjnym, Miszon dostała pakiet, którego nie chcę podliczać finansowo:
  • badanie krwi kontrolne (krew OK)
  • obczajenie poziomu amoniaku (były podejrzenia, że to on jej wali na główkę) (amoniak OK)
  • RTG kolan i bioder w związku z jej prawą tylną łapką i dziwnym jej stawianiem (biodra i kolana OK)
  • zapalenie trzeciej spojówki (chyba już OK :D)
  • kaszel kennelowy (OK)
  • wyrobienie paszportu (w pracy panowała epidemia kaszelków i sraczek, więc zaszczepiłam psa, żeby nie zaraził się jakimś czymś przyniesionym z roboty)
  • zatrucie, bo Miszon dokarmiła się czymś nieświeżym co zaskutkowało kroplówką i badaniem USG
 Aktualnie jest okazem zdrowia i dalej jej nóżka jest niewiadomym. Mam dziwne przeczucie, że będę szukać igły w stogu siana.

#6 Cała reszta 
Naprawił nam się obiektyw do robienia portretówek co zaowocowało kilkoma fajnymi zdjęciami, w tym mój ulubiony portret białego psa, ale nie to jest najważniejsze w tej sekcji. Podjęłam kilka decyzji odnośnie Naszych Internetów - blog został oficjalnie reaktywowany i przeniesiony z muszesieuczyć i ptysiowego na jeden adres, pod którym czytacie go dzisiaj. Poświęciłam też dzionek na konfiguracje kodu HTML, przedarcie się przez graficzną stronę przedsięwzięcia i jestem... zadowolona z efektu. Osierocony za to został fotoblog - nie potrafię robić sensownych zdjęć na miarę tego portalu a pisanie tych krótkich notek sprawiało, że potem nie potrafiłam siąść do dłuższych wpisów.
Podjęłam decyzje dotyczące fanpage i oficjalnie postawiłam na rozrywkowy styl - zaczęłam tworzyć tam pierdolnik, chaos i bajzel, który lubię - są memy, jest czasami merytorycznie, w większości sarkastycznie. Porzuciłam formy, które raziły mnie w oczy na innych stronach tego typu i postawiłam na jedną kartę kilka spraw. Chyba się opłacało.
Konferencja #SPARCS2015 była fajnym wydarzeniem, które doedukowało mnie w kwestii stresów, dystresów i stresorów (i uświadomiło, że humaniści potrafią zająć się czymś pożytecznym. Wow) a notka z niej ciągle czeka na jakiś mój lepszy nastrój.
Znalazłam też sanki :D Nie musicie się tym jarać tak bardzo jak ja się jaram.

Najważniejsze jest jednak to, że zaczęłam w końcu polegać na własnym psie i decyzje dotyczące naszego życia zaczęły być podejmowane w bardziej zdecydowany sposób, poprawiłam sobie timing w kwestii nagradzania i karcenia. Zaczęłyśmy w końcu kleić o co nam wzajemnie chodzi i powoli, POOOWOOOLI zaczynamy tworzyć całkiem diaboliczny team.

9 komentarzy:

  1. Świetnie że na przestrzeni czasu potrafisz dostrzec pozytywy :). Rozumiem cię, jak to jest z psami adopciakami, które wnoszą do naszego życia swoje problemy, z którymi męczymy się latami. Ale czytając o problemach Miszy, zaczynam doceniać Kermita ;), on jest (chyba raczej) psychicznie normalny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że Miszę po to stworzył Pan Bóg, żeby inni zaczęli doceniać swoje psy :P Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi :D

      Usuń
    2. Twoja teoria może być prawdziwa. Tak bardzo doceniam, że Sheala na fajerwerki reaguje "Masz zabawkę?...o, co to?...A, kij w to! Baw się ze mną!"
      Swoją drogą podziwiam to, co z nią osiągnęłaś. Misza miała ogromne szczęście, że trafiła do Ciebie, a nie do kogoś, kto umacniałby jej lęki/schizy.

      Usuń
  2. To jeszcze nie koniec. W tym roku mam plan na zneutralizowanie jej transportu miejskiego na amen (jedyne co mnie powstrzymuje to brak hajsu, bo żeby to zrobić trzeba kupić bilety :D) i rozpoczęcie konkretnej pracy nad stosunkiem do kolei.
    Cóż, trzeci rok w to wkładam, ale widzę efekty. A najważniejsze jest to, że gdybym nie trafiła na taki chodzący psi problem jak Misza... Nie wiedziałabym jak pomóc Tixie i wielu innym psom. Nic nie dzieje się przypadkiem chyba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to ja będę wkrótce mistrzem w opanowywaniu piesków, które mają pierdolca na punkcie innych piesków :) (Oby, bo inaczej z S. zostanie tylko futerko i trochę galaretowatej mazi z rurkami)
      Życzę powodzenia w walce z transportem :) I pieniążków.
      Masz jakieś rady na psa, który najwyraźniej samochód kojarzy z porzuceniem? Jazda i wsiadanie spoko, wysiadanie nawet bardzo spoko, za to droga powrotna do samochodu odbywa się na pełnej parze i sygnale, a jak - o zgrozo!- samochód zapali zanim do niego dojdziemy to zaczyna się histeria z której już kompletnie nie mogę jej wybić.

      Usuń
    2. Wiesz co, ja ogólnie wychodzę z założenia od pewnego czasu, że każdy pies jest inny i dopóki nie zobaczę to się nie wpierdzielam i nie udzielam rad, które mogłyby zaszkodzić. :D

      Usuń
    3. Ha, w sumie słusznie. Choć mi samej brakuje już pomysłów, chyba że do usrania będę rąbać odchodzenie i nachodzenie aż pies zluzuje - czasami daje to nawet jakiś efekt, ale bardzo nietrwały. Rozumiem, że brązowe ma traumę, ale na tego konkretnego jobla cholera mnie bierze :P

      Usuń
  3. Brak IOIOIOOOOOO!!!! powinien być w minusach :p
    Cieszę się, że wygląda na to, że się dogadałyście. No i robi wrażenie ilość bezdomniaków które dzięki Wam kogoś juz mają, szacun! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Brak IOIOIOOOOOO!!!! powinien być w minusach :p
    Cieszę się, że wygląda na to, że się dogadałyście. No i robi wrażenie ilość bezdomniaków które dzięki Wam kogoś juz mają, szacun! :)

    OdpowiedzUsuń