Stanowię zagrożenie sama dla siebie w momencie kiedy dostaję w rękę dobrą książkę. Zapominam o tym, że trzeba jeść, pić i się so...

Must Read dla Zwierzolubów :)



      Stanowię zagrożenie sama dla siebie w momencie kiedy dostaję w rękę dobrą książkę. Zapominam o tym, że trzeba jeść, pić i się socjalizować. Wyjścia do toalety zostają ograniczone do minimum, podczas spacerów z psem myślami jestem gdzieś przy fabule, kąpiele są ekspresowe, spać idę późno, wstaję wcześnie. Niknę w oczach, znikam z Internetu (!) i życia towarzyskiego.
Zasadniczo więc jeżeli ktoś chce, żebym odwaliła się na dłuższy okres czasu - nie mówi mi tego wprost, bo i tak nie posłucham - daje mi właśnie dobrą książkę. Kocham czytać odkąd pamiętam - a szczególnie kocham czytać powieści i opowiadania, w których zwierzęta mają trochę większą rolę niż dopełnienie obrazka idealnej rodziny lub metaforyczne ukazanie czyjegoś wypaczenia.
     Książki dzielą się u mnie natomiast na kilka rodzajów, jednak można wyrożnić trzy główne kategorie - dobre, złe i nijakie. Książki dobre i złe pamiętam - do pierwszych nawet czasami wracam, do drugich nie wracam nigdy, natomiast książki nijakie są po prostu takimi książkami, których nie pamiętam. Z reguły dwóch ostatnich kategorii nie polecam, bo są w moim odczuciu marnowaniem czasu, dziś jednak wrzucam je w ramach przestrogi.
     Rozsiądźcie się zatem wygodnie i pilnie notujcie, bo dzielę się odkryciami ostatnich lat!


Postanowiłam zacząć od rodzimych autorów, ponieważ stanowią oni niezaprzeczalnie spore grono pośród wszystkich lektur na zimowe wieczory, które chciałabym Wam zaprezentować. Więc numer jeden - Andrzej Sapkowski - "Muzykanci". To krótkie opowiadanie znajdziecie w zbiorach "Coś się kończy, coś się zaczyna", "Wizje alternatywne" oraz "Trzynaście kotów". Niezależnie od tego, po którą książkę sięgniecie w każdej spotka Was ten sam bohater - Andrzej Nejman - który próbuje rozwiązać zagadkę brutalnych i zagadkowych morderstw. Na miejscu zbrodni bowiem brakuje jakichkolwiek śladów czy świadków a jedynym tropem okazuje się fakt, iż motywem wspólnym może być okrucieństwo wobec zwierząt. Nejman szykuję więc prowokację...
... I jak możecie się domyślić, po Sapkowskim należy spodziewać się bardzo dobrego opowiadania - to, co się rozpętuje jest mroczne, szalone, katastrofalne w skutkach i napisane w stylu mistrza. Styl ociera się o horror, a co więcej - koty rezygnują ze swojego standardowego skurwysyństwa i pokazują "ludzkie" odruchy - mi się podobało, wracałam kilka razy.


     O "Niosącej radość" Krzysztofa Czarnoty pisałam już wcześniej calutką chaotyczną i krótką recenzję. Poszukiwałam tej książki przez wiele lat - zarówno Internetowo jak i stacjonarnie. Poleciła mi ją kuzynka jeszcze w liceum a przeczytać udało mi się ja dopiero rok temu. Idealna lektura na krótkie (około trzygodzinne!) podróże pociągiem. O ile sama historia przemiany głównego bohatera jest dosyć naciągana to jednocześnie nie potrafię się z nim nie identyfikować. Idealnie ukazuje bowiem jak jedna nieplanowana decyzja - ta o przygarnięciu psa - potrafi zmienić życie człowieka i przewrócić je do góry nogami. Głównemu bohaterowi - młodemu karierowiczowi - jednak właśnie tego było trzeba - spotkać na swojej drodze życia młodą briardziczkę Pointę, która zmieniła nie tylko jego życie ale również sposób postrzegania siebie i rzeczywistości wokół a w gratisie pomogła mu odnaleźć zagubione podczas wyścigu szczurów człowieczeństwo. Nie potrafię nie kochać tego czytadła!

Wspominając polskich autorów trzeba też oddać należne miejsce Jędrzejowi Fijałkowskiemu i jego książce "Emil, czyli kiedy szczęśliwe są psy, szczęśliwy jest cały świat". Jest coś takiego, że im bardziej problemowy pies - tym luźniejszy właściciel, najczęściej z cysterną dystansu do samego siebie i całym składem kolejowym poczucia humoru. I tak oto właściciele doga niemieckiego o imieniu Emil wpasowują się w ten opis jak ulał! Emil trafił do nich będąc już dorodnym dogiem z przeszłością i niepewną przyszłością - i zaczęła się zabawa! Wojny z psem domownikiem, problemy Emila i życie codzienne z dogiem niemieckim - który jest (nie czarujmy się) trochę ciapowaty - jest opisane w przezabawny sposób - nie dorównuje mojemu faworytowi - Marleyowi - jednakże jest dość blisko niego.







A skoro o wilku mowa to poznajcie książkę, dzięki której dzisiaj w ogóle powstał ten wpis - "Marley i ja" autorstwa Johna Grogana. I nie mam tutaj na myśli mojego sentymentu do tej lektury (przeczytałam ją tak wiele razy, że znam na pamięć a mimo to chcę czytać jeszcze raz. I jeszcze. I JESZCZE). Otóż może niektórzy z Was tego nie pamiętają, ale to właśnie Marley zapoczątkował istny "dogbookboom" - po nim zaczęły wychodzić często i gęsto książki o życiu z psami (biografie? pamiętniki? memoir? Jak nazwać ten gatunek???) - czasami były to najgorsze psy świata, czasami psy, które zmieniły bądź uratowały życie swoich ludzi przed tragedią bądź rozsypką a czasami psy, które pojawiły się w niezwykłych okolicznościach. Żadna jednak (ŻADNA) nie była napisana w taki sposób jak Marley - w sposób przezabawny opowiedziana historia o psie, który nie był pupilem roku a jednak stał się najlepszym przyjacielem tworzącej się rodziny.
Ps. Wszyscy wiemy jak się kończy. Szykujcie chusteczki higieniczne.

"Wspaniała Grace" Dan Dye i Marka Beckloffa jest właśnie książką, która wyszła na fali Marleyomanii, już pod jej koniec i jako jedyna spełniła moje czytelnicze oczekiwania. Książkę pochłonęłam w ekspresowym tempie - historia Grace - niedowidzącej, niesłyszącej, koślawej i chorowitej dożycy, która wpłynęła na życie swoich ludzi tak jak niewiele psów wpływa. Uwielbiam tą książkę również przez to jak ironiczna (ale pozytywnie!) się wydaje - ot, dwóch facetów myślało, że to oni pomagają tej małej istotce. A okazuje się, że było absolutnie odwrotnie :) Grace mimo ułomnego ciała jest psem z niezłomnym charakterem - dodajcie do tego poczucie humoru właścicieli i otrzymacie lekturę taką jak ta - w sam raz na jesienny wieczór z herbatą, świeczką i kocykiem.






Na fali książek traktujących o zwierzętach i ich właścicielach z przymrużeniem oka należy jeszcze przedstawić wam tą jedną. Otóż poznajcie Nicka Trouta. Nick jest facetem o wielkim sercu, poczuciu humoru i dosyć sporej dozie empatii, której nie wybiły studia. Nick jest także lekarzem... weterynarii.
W swojej książce opisuje niektóre przypadki, z którymi się zetknął - zarówno przypadki zwierząt jak i właścicieli :) Humorystycznie, czasami poważnie - must read dla każdego kto chce zostać weterynarzem i jest przekonany, że to praca ze zwierzętami. Doktor Nick wytłumaczy Wam cierpliwie i dobitnie, że to głównie praca... z ludźmi :)








http://ecsmedia.pl/c/wodnikowe-wzgorze-b-iext8648680.jpg
Powoli zmieniamy klimat opowieści z lekkiej i humorystycznej i idziemy w kierunku horrorów. Zanim to jednak nastąpi gatunek pośredni - ot, króliczy dramat - Wodnikowe Wzgórze Richarda Adamsa. Zapewne wielu z Was kojarzy styl pisania starszych powieści "dla dzieci" - jest w nich coś niepokojącego i mrocznego. Nie potrafię inaczej określić Wodnikowego Wzgórza - mimo iż historia opowiada o gromadzie królików, które opuściły swój dotychczasowy dom w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia i wydawałaby się przez to niewinnym czytadełkiem pod poduszkę, to jednak nim nie jest. Nasi bohaterowie po drodze spotkają się z taką ilością fałszu, zakłamania, ułudy i okrucieństwa, które niebezpiecznie przypomina ludzki świat. Książka zawiera w sobie masę prostych, zrozumiałych alegorii, jest jednocześnie bajką i epopeją. Jak dla mnie była nowatorska przez sam dobór bohaterów... A potem jest już ciągle lepiej.


 

Absolutne MUST READ. O tej książce dowiedziałam się przypadkiem czytając "Wielkie małe życie" tego samego autora. Pisał on tam bowiem o tym, iż golden retrievery mają specjalne miejsce w jego serduszku i przemycił je do niektórych powieści. W jednych sa one tylko towarzyszami dopełniającymi obrazek - w innych dostają większe role. "Wielkiego małego życia" jak na złość już nie pamiętam, ale "Opiekunowie" Deana Koontz'a zapadli mi BARDZO w pamięć. Jestem zachwycona tym w jaki sposób autor buduje napięcie, jakie postacie stworzył i jak poprowadził i rozwiązał fabułę. Jestem oczarowana psim bohaterem tej książki.
Nigdy nie spotkałam się z thrillerem/horrorem, w którym ten zły charakter budził we mnie tak wiele sprzecznych emocji - im dalej w las, tym więcej zrozumienia. Im więcej zrozumienia - tym więcej żalu niż strachu. Żeby Wam zbytnio nie zaspoilerować:
"Kiedy w tajnym rządowym laboratorium Banodyne wybucha pożar, na wolność wydostają się dwa genetycznie zmodyfikowane stworzenia. Oba zwierzęta łączy telepatyczna więź, dzięki której wyczuwają się na odległość. Pies trafia w ręce Travisa Cornella, byłego komandosa Delta Force, samotnego mężczyzny przekonanego, że na jego życiu ciąży klątwa." Dalej jest już tylko chaos i szaleństwo :P Tropem uciekinierów rusza psychopata i agenci federalni, gdzieś w tle toczy się śledztwo, Travisa karma kopie po dupie za dobre serce - lubię to!

A skoro horrory to znajdzie się i King. O ile zwierzak - psychodeliczny kotek z okładki - nie jest tam głównym bohaterem to jednak pełni dość ważną i przełomowa rolę. Tytułowy Cmętarz Zwieżąt to miejsce, które ma moc przywracania zmarłych. No i tak... Zastanawialiście się pewnie niejednokrotnie jakby to było gdyby... Gdyby była opcja przywrócenia ukochanego zwierzaka (okej. Albo człowieka...) do życia? Ile byśmy nie dali, by najbliżsi naszemu sercu wrócili? Czego byśmy nie zrobili i nie poświęcili?
Cmętarz Zwieżąt sprawił, że zamiast kombinowania opcji powrotu dla nich, wolałabym kombinować betonową płytę wystarczająco ciężką, żeby nie mogli się wygrzebać z ziemi i leżeli tam gdzie się ich zakopało.
Ta książka nie opowiada o zombiakach (chociaż w sumie...), ale raczej w pokrętny sposób przekazuje - Uważaj czego sobie życzysz.
Bo nie chcesz, żeby się spełniło!
Spoiler! - Jest tutaj mniej typowego dla Kinga opisywania wszystkiego i upychania mnóstwa nikomu niepotrzebnej treści zamiast jakiejś konkretnej akcji :P

Jak King to wypada wspomnieć też "Cujo". Fabularnie nie powala na kolana i nie sprawia, że błagasz o więcej - większość akcji toczy się wewnątrz samochodu. Ale pomimo to mam sentyment do tej książki - tytułowy bohater, Cujo, to bernardyn. Typowy wioskowy beztroski pies "swojego" chłopca. Pewnego dnia jednak coś idzie nie tak i misiaczek zamienia się w niedźwiedzia.
I tak - o ile niektórzy nie są zachwyceni ilością akcji, która toczy się we wspomnianym wcześniej aucie, o tyle mi ona szczególnie nie przeszkadzała. King wtrąca też kilka momentów z punktu widzenia samego Cujo i to one mnie przekonały ostatecznie do lektury - nie uczłowiecza, nie przesadza (w sensie: hardcorowo, w końcu to horror. Trochę musi :D), opisuje to, co dzieje się w głowie zwierzęcia. Miód na moje serce!
Polecam!





Sympatycznie się pisało o książkach, które zapadły mi w serce i w pamięć, czas więc też napisać kilka słów o tych, do których już nigdy w życiu nie wrócę. 

 Zgodnie z powyższym porządkiem tak i teraz zacznę od Polaków. Listę otwiera wataha w podróży - było fajnie, było sympatycznie, było dużo wspaniałych obrazków, było miesiąc temu... I nie pamiętam jej już niemalże kompletnie.
Zdecydowanie mogę żyć bez tej książki w mojej biblioteczce. Zdecydowanie nie moje gusta.














 Antymyśliwska propaganda ubrana w irytującą główną bohaterkę.
Książkę przeczytałam, ponieważ dawno temu wiele osób mi ją polecało.
Dziś zastanawiam się dlaczego mnie tak nienawidzą i co złego im w życiu zrobiłam.
Jakkolwiek podzielam zdanie głównej bohaterki w kwestii polowań (częściowo), popieram część tego co robiła, to była ona tak dobitnie wkurwiającą postacią, że ledwo dobrnęłam do końca.
Książka ani specjalnie trzymająca w napięciu, ani zabawna.
Całość psuje humor podwójnie - i przez wstrząsające procedery tam opisane (człowiek ma ochotę po prostu dorwać ta patologię osobiście) i przez... no cóż... osobę, która je opowiada.
NIGDY. WIĘCEJ.
"Akcja rozgrywa się w Kotlinie Kłodzkiej. Główną bohaterką jest Janina Duszejko – kiedyś inżynier mostów, dziś wiejska nauczycielka angielskiego, geografii i dozorczyni domów letniskowych. Jej pasją jest astrologia, a wielką miłością wszelkie zwierzęta. W okolicy zaczynają umierać ludzie. Seria zgonów rośnie. Janina ma teorię na temat motywu i sprawcy tych zbrodni, ale policja ignoruje ją, traktując jak nieszkodliwą dziwaczkę. Jednak Janina wie więcej, bo czyta w gwiazdach, jak w otwartej księdze…"

Miało być śmiesznie - jest żenująco. Garet jest wrzodem na dupie właścicieli, ale mimo to go kochają. Ich brak konsekwencji w radzeniu sobie z futrzakiem i dziwne do niego podejście jest wrzodem na dupie czytelników - nie dało się tego czytać.















A żeby nie było, że tylko Polaków się czepiam - publikacja zbiorowa autorów zagranicznych! Zbiór opowiadań wyselekcjonowanych opiekunów psów sprawił, że nie wiedziałam czy iść do apteki po leki na ból dupy czy do księdza po egzorcyzmy, bo słowo daję - trzeba być na prawdę nawiedzonym, żeby pisać o czworonogach w taki sposób.
Wskazówka jak to wygląda? Wyobraźcie sobie teraz wszystkie cioteczki dogomaniaczki, przekonane, że kojec dla pieska to zło, że pies rozumie wszystko, że dzieckiem się zaopiekuje i jak mu dacie kartę zbliżeniową to i zakupy w Biedronce dla was zrobi. Wyobraźcie sobie je z możliwością napisania swoich przemyśleń (w odniesieniu do swoich piesków oczywiście!) i wydania ich w książce...
I ta-daaam! Mamy Balsam!

Mała porada dla miłośników i entuzjastów kotów: spalcie tę książkę.
Ogólnie jest to dalej bolesne rozczarowanie. Kojarzę kociarzy jako osoby twórcze, kreatywne, z wielkim poczuciem humoru. Generalnie introwertyków, ale jakiś takich pozytywnych, produktywnych.
Co więc poszło nie tak tutaj?!
Vicki Myron jak na złość chce temu wszystkiemu zaprzeczyć. Raczy nas nudna opowieścią o idealnym kocie, którego jedyną wadą jest to, że pożera gumki recepturki (o czym nie waha się zresztą przypominać co kilkanaście stron). Ma też tendencję do upychania zbędnych opisów, które mogą służyć tylko zwiększeniu objętości książki.





Źródło obrazka i artykuł o Jonie.
Książki Katza ukazały się - przynajmniej w Polsce - na fali popularności Marleya.
Ogólnie rzecz ujmując należy wyjaśnić jedną rzecz - przez całe moje kynologiczne życie balansuję na granicy lubię-nie znoszę rasy border collie. Im bardziej je poznaję tym bardziej chcę się trzymać od nich z daleka a jednocześnie lubię niektóre, wybrane osobniki.
Uważam, że niektórzy ludzie powinni dojść do takich samych wniosków zanim takowego psa adoptują i napiszą o nim książkę, którą zanudzą nas podczas jednego z wieczorów.
Jon Katz jest postacią dosyć kontrowersyjną (o czym możecie poczytać w artykule, który podrzuciłam - niestety anglojęzyczny), nie tylko przez to co wspomina artykuł. W moich oczach stracił w momencie kiedy jednego ze swoich labradorów potraktował morbitalem kiedy wykryto u tego zwierzaka wczesne stadia dysplazji.
Poważnie koleś?!

Zdaję sobie sprawę, że jest jeszcze niesamowicie dużo książek, których nie przeczytałam - Tropem zaginionych, Sophie wróć!, Mój przyjaciel Henry, Plague Dogs, Fuks - i takich, do których nie potrafię się odnieść (Misja szczeniak, Sztuka ścigania się w deszczu, Anioł stróż) jednakże co do powyższych jestem absolutnie pewna i nieprzejednana w swojej opinii. Jestem zniesmaczona tym jak wielu wydawców stawia na psa jako kartę przetargową do opchnięcia ludziom książek - ot, jak futro będzie w opowieści lub na okładce to książka się sprzeda*.
Niestety ja potrzebuję czegoś WIĘCEJ niż to, żeby książkę polubić, zostawić na półce i ewentualnie - przeczytać ponownie.

* (Cwaniakuję. Jak zobaczyłam papisia owczarka niemieckiego na Zostań to tylko długość kolejki w empiku uratowała mnie przed zakupem)

15 komentarzy:

  1. " Stanowię zagrożenie sama dla siebie w momencie kiedy dostaję w rękę dobrą książkę. Zapominam o tym, że trzeba jeść, pić i się socjalizować. Wyjścia do toalety zostają ograniczone do minimum, podczas spacerów z psem myślami jestem gdzieś przy fabule, kąpiele są ekspresowe, spać idę późno, wstaję wcześnie. Niknę w oczach, znikam z Internetu (!) i życia towarzyskiego.
    Zasadniczo więc jeżeli ktoś chce, żebym odwaliła się na dłuższy okres czasu - nie mówi mi tego wprost, bo i tak nie posłucham - daje mi właśnie dobrą książkę. Kocham czytać odkąd pamiętam - a szczególnie kocham czytać powieści i opowiadania, w których zwierzęta mają trochę większą rolę niż dopełnienie obrazka idealnej rodziny lub metaforyczne ukazanie czyjegoś wypaczenia.
    Książki dzielą się u mnie natomiast na kilka rodzajów, jednak można wyrożnić trzy główne kategorie - dobre, złe i nijakie. Książki dobre i złe pamiętam - do pierwszych nawet czasami wracam, do drugich nie wracam nigdy, natomiast książki nijakie są po prostu takimi książkami, których nie pamiętam. Z reguły dwóch ostatnich kategorii nie polecam, bo są w moim odczuciu marnowaniem czasu, dziś jednak wrzucam je w ramach przestrogi.
    Rozsiądźcie się zatem wygodnie i pilnie notujcie, bo dzielę się odkryciami ostatnich lat!" Yes yes yes! Dokładnie to samo u mnie :D Uwaga, będę komentować każdą księgę, więc może być chaotycznie, ale dziki nieogar wybaczy innemu nieogarowi :D

    Ja Sapkowskiego tłukłam "Wiedźmina" (ale dla mnie tylko opowiadania i może "Krew elfów" i nie mogłam się oderwać. Nagle pojawił się "Chrzest ognia", polityka, Ciri...nah :)

    "Niosąca radość" super! Wyhaczona gdzieś na promocji w supermarkecie <3

    "Emila" wrzuciłam natychmiastowo do koszyka (ach jest ebook! Miłość i konfetti!).

    Przy Marleyu wyłam okropnie, czy to książka, czy film. Szloch po prostu.

    Natomiast Nick Trout mnie znudził i ziewałam, i w ogóle nic nie może się równać z Herriotem. Nie wiem, czy dorwałaś kiedykolwiek jego ksiązki, ale Trout to by mu buty po operacji skrętu żoądka mógł czyścić. Jest jeszcze książka "Wet. Moi wspaniali, dzicy przyjaciele" i też imho jest znacznie lepsza :) Ja żałowałam, że kupiłam.



    Dzięki Tobie mam już Emila, Wodnikowe Wzgórze, Cmęntarz Zwieżąt, "Cujo" również wrzucony na Kindle, ale nie wiem, czy się odważę go przeczytać (ale jako die hard fanka "Przyjaciół" coraz mocniej się do tego przychylam) :P

    "Watahy" jeszcze nie czytałam, czeka na lepsze czasy, toteż się nie wypowiem. Balsam dla duszy czytałam dawno i trochę przy nim popłakałam, więc nie do końca pamiętam, czy faktycznie aż tak źle było :)


    Dzięki za tyle inspiracji! Dobrze, że za niedługo trochę wolnego czasu :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem teraz czy czuję się winna, że odrywam Cię od życia w każdej postaci czy dumna, że zorganizowałam ci trochę czas :P Chyba obie te rzeczy po trochę :D

    Herriota nie czytałam - weta też nie, muszę ich znaleźć i nadrobić zaległości :D Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno sięgnę po niektóre tytuły i chyba zacznę od "Niosącej Radosć". Ale... Najpierw muszę uporać się z Irvingiem i w sumie to polecam, gość ma świetne pióro, a pierwsza jego książka jaką przeczytałam czyli "Świat Według Garpa" rozstroił moje emocjonalne życie na co najmniej miesiąc.
    Cieszę się, że napisałas co myslisz o Balsamie, bo miałam zamiar po niego sięgnąć, ale że nie lubię czytać wypocin psich ciotek czy matek to chyba sobie odpuszczę :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam zarówno Cmentarz Zwieżąt jak i Cujo. Do oby mam mały sentyment, ponieważ Cmentarz Zwieżąt była moją pierwszą książką tego autora (którego kocham) i czytałam je wtedy, kiedy nawet nie powinnam sięgać po takie rzeczy.
    Film Marley i ja kocham i czekam tylko aż znajdę gdzieś książkę (i akurat będę miała pieniądze)
    Pamiętam też Lessie, wróć! Niby opowieść dla małych dzieci, a kocham ją całym sercem i zawsze na niej płaczę

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałam część z tych książek. Mi także podobała się "Niosąca radość" (czytałaś 2gą książkę tego autora - "Czartoria, kraina kuhailana"? O koniach, zwłaszcza ogierze arabskim Mąciwodzie.)
    Marleya czytałam jeszcze w gimnazjum i znudził mnie, nie pamiętam dlaczego.
    "Wspaniała Gracie" jest do bólu urocza - do dziś pamiętam, jak właściciele zapominali się i wołali ją w parku. :D
    Po lekturze "Powiedz, gdzie cię boli" stwierdziłam, że nie mogłabym być weterynarzem. Technik weterynarii to dla mnie idealny kompromis.
    "Cujo" cóż, nie powala. Słuchałam go, wracając z praktyk i w sumie wypełnił mi ten czas, ale na pewno bym do niego nie wróciła, ani nie polecała.
    "Balsam dla duszy..." czytałam bardzo dawno i powiem Ci, że niektóre opowiadania bardzo mi się podobały i zapadły mi w pamięć (o psie, który uratował swojego opiekuna przed atakującym bykiem, o labradorze, który czeka z piłeczką na rowerzystów). Inne, wiadomo, przesłodzone, ale ta książka zawiera tak różnorodne historie, że nie skreślałabym całej od razu.
    "Dewey" wymęczył mnie okrutnie. Jedna z najnudniejszych książek, jakie czytałam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Do mnie wczoraj przyszły książki, które zamówiłam w tym "cmętarz zwieżąt" :) teraz jeszcze bardziej chce mi się przeczytać

    OdpowiedzUsuń
  7. "Garet, fe!" - tak żenującej książki dawno nie czytałam :P Było mi wstyd za głównych ludzkich bohaterów i pierwszy raz w swoim życiu nie skończyłam czytania.

    OdpowiedzUsuń
  8. A czytaliście może Kleo i ja autorstwa Helen Brown?
    Nie powiem, ta książka zajmuje szczególną pozycję na mojej półce i siegam po nią często, tylko po to żeby przeczytać ulubiony fragment albo spojrzeć w oczy kociaka na okładce.
    Niewątpliwie książka dla dojrzałych emocjonalnie. Mówiąca w sposób cholernie dosadny jak szybko wszystko się pierdzieli i jak coś niepozornego może to wszystko naprawić.
    Polecam z całego serca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam, jak tylko będę miała okazję to kupię lub wyproszę z jakiejś okazji :)
      Już zapisałam sobie na ścianie (w sumie jak tylko zostawiłaś ten komentarz) i teraz czeka na fundusze :)

      Usuń
  9. Ja osobiście bardzo lubię "Balsam". Może jestem dziwna- nie wiem. Wiem, że niektóre opowiadania bardzo mnie wciągnęły.

    Mogłabym Ci polecić Misję na Czterech Łapach lub Droga Do Domu. Bardzo przyjemne książki. Tylko nie wiem czy na twój gust :P
    Dzięki za polecenie paru nowych książek. Chętnie się za nie zabiorę

    PS. Jak to możliwe że gdy w bibliotece pytam o przygodowkę ze zwierzęciem nigdy nic nie ma? :|

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moze nikt nie napisal? A moze jest ich po prostu malo? Ja na przykład jak szukalam fantastyki ze zwierzakami to tez miałam problem, zeby cos znalezc - taka literatura jest, ale trzeba potrafić szulac i najpierw przekopać sie przez stosy innych książek :)

      A za polecenie dziekuje! Jak tylko skończy sie sesja z pewnością poszukam i przeczytam :)

      Usuń
  10. do książek o zwierzętach (szeroko pojęte) podchodzę jak mój pies do jeża... szerokim łukiem, a jak już muszę to ostrożnie... nie trawię wszelkich "och jakiż ten mój psiak (nienawidzę tego słowa, dostaję bąbli na dupie na samą o nim myśl) jest łobuziaczek, łoj tititi niedobry jak ja cię kocham, nieważne, że znów zaszczałeś mi nowe buty słodziaczkuuuu" - jak mam coś takiego czytać, to od razu można mnie zastrzelić. Nie trawię też horrorów - uważam, że bazują na jednym z najniższych ludzkich odczuciach, czytanie tego gatunku nie sprawia mi przyjemności.
    Lubię takie książki, gdzie pies jest częścią życia swojego człowieka, a nie dziwnym tworem w roli, o zgrozo, narratora... dlatego właśnie moim no. 1 "psich" knig jest "Wataha ..." Tam jest wszystko co lubię; prawdziwi ludzie, prawdziwa historia, prawdziwe emocje i prawdziwy pies. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, to samo jest też w Emilu, Gracie i Marleyu :D A Wataha kompletnie nie mój klimat, nie ten styl narracji, po prostu nie porwało mnie to zupełnie, ale są różne gusta.

      Usuń
  11. "Cmętarz zwieżąt" przeczytany, jest mega oraz został przekazany bratu do kolekcji książek Kinga. ;) O "Cujo" nie wiedziałam, w brata kolekcji również nie została stwierdzona, więc raczej na pewno się zaopatrzę jak skończę moje zaległości czytać naprzemiennie z lekturami szkolnymi. :D

    Ze swojej strony mogę na pewno polecić "Dobry pies" Susan Wilson. Nie wiele rzeczy mnie wzrusza, a jeśli już ryczę to znaczy coś ma to "coś". Gdyby mama nie przeczytała przede mną i niechcący nie zaspoilerowała ważnego faktu z książki, pewnie byłabym mniej czujna i więcej w książce by mnie zaskoczyło. Fabuła jest trochę jak opisujesz "Cujo". Najpierw niby trochę nudnawo, ale potem już się fajnie rozkręca. :)

    Czytałam również "Misja na czterech łapach", jednak nie było zachwytu, ale nie mogę też powiedzieć, że była to zła książka. O ile nie zraża Cię fakt, że pisana z pozycji psa i pies przechodził reinkarnację w kolejne psy kilkakrotnie (jednak nieprzesadną ilość razy według mnie) to bardziej polecam to do takich ciekawostek, bo oprócz tej fikcji reszta książki jest już bardziej realna. ;)

    Nie polecam natomiast "Pies, który uratował mi życie". Tematyka fajna, zachęciła mnie do przeczytania z ciekawości o historiach psów na wojnie, jednak... wykonanie. Z każdą kolejną historią miałam nadzieje na ciekawe rzeczy, jednak za każdym razem czułam rozczarowanie. Tej samej autorki dostałam "w pakiecie" również "Psią odwagę" o identycznej tematyce, jednak z powodu zrażenia się tą pierwszą została nieruszona.

    A od kota strony: "Kleo i ja". Dostałam, bo pewnie po prostu zwierzę na okładce, a tytuł podobnie sformułowany co "Marley i ja", jednak według mnie o tytułowym kocie to tu jest najmniej... Nawet nie potrafię podpiąć dla jakiej kategorii wiekowej lub jakich miłośników. Nigdy nie czytałam romansideł, bo nie moje klimaty, a na "Dumie i uprzedzeniu" to ja się śmieje jak mama ogląda film, więc wiadomo. Jednak jak mozna określić coś romantycznym skoro na początku jest idealna rodzina, potem katastrofa, później miłość od zwykłych randek po zahaczającą o erotykę, ale nie idącą w tą popularną, że tak się wyrażę "porno" stronę (najwięcej o takiej miłości w książce (!) albo mnie po prostu było najtrudniej przejść przez ten "fragment" [czyt. połowa książki]), a potem znowu idealna rodzina, z czego kota jest według mnie najmniej, a tak jak streściłam pokrótce to dla takiej fabuły, ani nie dałabym na okładkę słodkiego rysunku kota, ani takiego tytułu. ZDECYDOWANE NIE.

    OdpowiedzUsuń
  12. Polecę Ci "Uratować Sprite'a", jest wspaniała :) Ale ryczałam dość długo, naprawdę piękna historia

    OdpowiedzUsuń