Słowo się rzekło, kości zostały rzucone - obiecałam notkę na temat tego dlaczego uważam, że mój pies ma na bani - oto i ona! Pa...

Witajcie na naszej tęczy

   
     Słowo się rzekło, kości zostały rzucone - obiecałam notkę na temat tego dlaczego uważam, że mój pies ma na bani - oto i ona! Panie i Panowie, chłopcy i dziewczęta, przedstawiciele IQ wyższego niż poziom podłogi - rozsiądźcie się w fotelach, wyłączcie na chwilę opcje oceniania innych na swoich panelach, zapnijcie pasy - Strachopies w Toku właśnie rusza! Co ciekawe - pozbawiłam notkę standardowej dawki sarkazmu i ironii. Jeżeli uznacie ją za nie do zniesienia przez te braki to musicie mi wybaczyć. Czas? Start!
     Cała moja przygoda z Miszonem zaczęła się w roku 2013 kiedy po raz pierwszy wyprowadziłam ja z boksu schroniskowego. Ważne jest podkreślenie jej pochodzenia, ponieważ półtorej roku spędzone za kratkami na odludziu swoje zrobiło, część złych nawyków przyniosła właśnie stamtąd. Część wyrobiła sobie już u mnie. Co przyniosła ze schroniska?


     Podrozdział, który możesz pominąć: Bronienie zasobów.
Przekonanie, że każdy pies pojawiający się w otoczeniu pojawia się po to, żeby COŚ jej odebrać (miskę, zabawkę, jedzenie, przestrzeń osobistą, legowisko, moje łóżko, moje rzeczy, MNIE) miała wryte tak głęboko, że dopiero w tym roku (DWA(!) lata po adopcji) spuściła z tonu i postanowiła wobec niektórych psów być łaskawsza - na przykład chart afgański mojej siostry - Ptyś - ma dostęp do obszarów wokół mojego łóżka, włazi Owczarowi do legowiska i przechodzi te próby bez szwanku. Psy ogólnie nieźle się ze sobą dogadały jak na fakt, że widzą się rzadko - Ptyś jest aktualnie zasobem, jako starszy braciszek z psim rodzajem autyzmu i bez piątej klepki, w opinii Owczara jest na tyle niedorozwinięty, że trzeba go bronić przed innymi psami. Za próby pokazania zęba kudłatemu niejeden czworonóg zobaczył co to znaczy Zaborcza Misza.
Jak się to objawia? 
Miszon wysyła serię CSów, która kończy się na pokazywaniu zębów i wpierdzielu. Jeżeli ktoś znienacka przekroczy granicę (np. podejdzie do mojego plecaka kiedy Misza akurat nie widzi a nagle zauważy) wpieprz jest natychmiastowy i bez patyczkowania się. Aktualnie jestem w stanie wstrzymać ją komendą i ewentualnego delikwenta odganiam od naszych rzeczy samodzielnie. Jeżeli są to np. zabawki takie jak piłka w parku - Misza opiekuje się nią samodzielnie, bo - powiedzmy sobie szczerze - mnie też wk*rwia jak nam obcy pies podbiera zabawki a nie będę za nimi biegać. A tak - i wilk syty, bo Miszon jest pod kontrolą i reaguje odganianiem jak dostanie na to wyraźne pozwolenie, i owca cała - bo zabawki wychodzą z plecaczka i do niego wracają w takich samych ilościach.
Buda Miszy, afgan Miszy = nie zjadać afgana w budzie,
bo pochlapie krwią materiał.
Jaram się więc jak dzika gdy...
Nie dziwcie się więc, że jaram się jak Londyn w 1666 kiedy Owczarek wpuszcza na swój teren (czyli do mojego pokoju ;)) jakiegoś obcego (czyli każdego innego) psa, dzieli się z nim przestrzenią, pozwala zaglądać do klatki, wchodzić na moje łóżko, szwędać się po pomieszczeniu, zabierać sobie zabawki - czy to z podłogi czy z legowiska i nie reaguje dziką gonitwą ekipy wpierdzielowej tylko albo poczeka aż obcy pies przestanie się bawić i mu dyskretnie zabawkę podpierdzieli, albo daje sobie spokój.

     Rozdział 1: Schizopiesek czyli witajcie strachy. 
     Postaram się streścić do najistotniejszych informacji, ale wybaczcie mi jeśli się nie uda. Trochę się tego nazbierało.
     Ciężko jest mi powiedzieć kiedy to wszystko się zaczęło i czy miało jakiś punkt zapalny. O ile zdaję sobie sprawę, że większość z Was w tym momencie kręci z wyższością nosem i twierdzi uparcie, że taki punkt przełomowy i początek po prostu MUSIAŁ gdzieś być, o tyle ja jestem co do tego sceptyczna. Mamy 14 kwietnia 2013 roku. Dzień po adopcji Miszy. Przychodzimy na stację pkp, pies trochę się denerwuje, wsiada do pociągu po czym bez marudzenia zwija się w kłębek i... idzie spać. I tak do samego Wrocławia, bez spiny. Wysiadamy z pociągu, idziemy przez dwa parki. Owczar idzie przy nodze, nie ciągnie, od czasu do czasu coś powącha, coś sprawdzi - generalnie ignoruje wszystkie psy, ignoruje obcych ludzi. Pies ideał. Mogę skupić się na sobie, bo ona idzie albo przy nodze albo za nogą. Fajnie!
     Dwa miesiące później i potem aż do maja następnego roku sytuacja jest już tylko gorsza. Nie możemy podejść do ruchliwych ulic, nie możemy przejść obok przystanków autobusowych, nie udaje nam się podejść do jakiejkolwiek pętli na mniej niz 500-600m, obranie samego kierunku PKP wywołuje w Miszy niepokój a trzy kilometry przed samym dworcem panika osiąga niewyobrażalne wręcz rozmiary. Na przesiadce, na peronie czekanie na pociąg jest udręką - z pyska ślina jej kapie, jest zimno, pies sapie jak smok, kłeby pary unoszą się przy pysku, dreszcze targają zwierzakiem jakby miała jakiś atak, nie dociera do niej żadne słowo, najprostsza komenda jest nie do wykonania, chodzenie przy nodze idzie w zapomnienie, bo przecież TRZEBA UCIEKAĆ, więc odbija się na tej smyczy - szarpie maksymalnie do przodu, zatrzymuje sie, obiega mnie i wyrywa znowu w przód, panikując przekazuje całą sobą jedną informację - uciekajmy!

 I tak sytuacja trwa mniej więcej od października do maja, eskaluje po drodze w sposób niemalże niekontrolowany. Mam pracę w weekendy w swoim mieście, więc jeżdżę pkp w każdy piątek i niedzielę. Jeżdżę z psem, bo nie mam jej z kim zostawić. Pracy nie rzucę, bo nie będzie za co płacić za jedzenie futrzaka, Miszy nie oddam do schroniska. Impas. Wybieram mniejsze zło. W międzyczasie do listy jeżdżących po tym świecie potworów dołączają tramwaje, autobusy, ciężarówki i śmieciarki (Wszystko co wydaje z siebie odgłos "pssssssssssst"). Jak gdzieś "strzeli" motocykl to i on wchodzi na czarną listę. Nasze tereny spacerowe się zawężają, bo pójście gdziekolwiek wiąże się z przejściem przez ruchliwą ulicę, pójściem wzdłuż niej lub pojechaniem tramwajem - na wszystkie trzy rzeczy Misza reaguje paniką już w momencie kiedy skręcamy w ich kierunku i zbaczamy z "bezpiecznych" ścieżek. Reaguje paniką czyli przestaje reagować na mnie, na komendy, zaczyna się trząść i za wszelką cenę próbuje zawrócić lub uciec. Do tego ziaja, trzęsie się, w niektórych wypadkach zaczyna ślinić.
     Przyjemność spaceru? A co to takiego? Podążamy przeważnie tymi samymi, bezstresowymi ścieżkami - jej nie chcę stresować, na siebie wieszać prostytutek, za obopólną zgodą mamy pewnego rodzaju ugodę. Na rękę w pewnym sensie jest nam też to, że mieszkamy w spokojnej okolicy. Tramwaje u nas zawracają, z bloku z psem można wychodzić bez smyczy, nie słychać ani autobusów, ani ulicy ani tramwajów.
Widok z okna jakieś osiem pięter nad naszym ;)
     W maju postanowiłam poradzić się kogoś mądrzejszego ode mnie, jako że budowanie pozytywnych skojarzeń temu psu w warunkach stresowych było takoż sensowne jak malowanie palcem na piasku. Cokolwiek wypracowałyśmy między poniedziałkiem a piątkiem siłą rzeczy musiało zostać unicestwione w weekend kiedy wędrowałyśmy do domu. W skrócie pomoc dostałyśmy, w weekend z psem pracowała kompetentna osoba znająca problem białego psa, od poniedziałku do piątku z Miszą naginałam ja. Wtedy też odzyskałam trochę spokój ducha a jednocześnie zauważyłam kolejny problem: regresy Miszy zaczęły być nieregularne. Bez żadnego drastycznego zdarzenia, znaku czy przyczyny pies, który jednego dnia naginał się by kontaktować 400 metrów przed pętlą, następnego zaczął ostro panikować już w okolicach 600. Przyznam szczerze, że miałam ochotę jej w takich momentach jebnąć, no bo jak tak można ?! :D Na szczęście jedyne co robiłam to zwijałam nasze pięć metrów i szłam na boisko jakąś drogą-niespodzianką.
     Treningi ulicy, jak je nazwałam, odbywały się kilka razy dziennie, jednak ich efekty były kruche jak lód. Wystarczyło, żeby Misza miała jeden z tych gorszych dni i wszystko szło psu pod ogon bez wyraźnej przyczyny. Przepracowany przez ostatni tydzień kawałek chodnika przy ulicy nagle ponownie wracał w niełaskę.
Jakieś 200-300 metrów po prawej jeżdżą tramwaje. Ja proszę Miszę, żeby się położyła, co przeważnie robiła bez problemu. Misza prosi, żebyśmy spierda**li stąd w podskokach.
     Człowiek, z którym skonsultowałam przypadek Miszy doradził Zylkene jako nienwazyjny, delikatny uspokajacz. Wtedy jeszcze na samo słowo "psychotrop" reagowałam tak jak ciemna masa dziś reaguje na słowo "kolczatka". Mój błąd, przyznaję. Zylkene wprowadziłam Owczarkowi na wakacje - w czerwcu wyprowadziłam się z Wrocławia razem z psem z powrotem do w miarę spokojnych Żar. Licencjat obroniony bez większych problemów, egzaminy zaliczone, więc komu w drogę temu kopa.
     Wiecie co to oznaczało dla niej? TRZY miesiące bez styczności z duzym ruchem ulicznym, tramwajami, autobusami i pkp. Podczas tego czasu robiłam jej treningi odczulania pociągów, trochę odurzałam ją tym ziołowym naciągactwem, sprawdzian miałyśmy kiedy w lipcu czy w sierpniu jechałyśmy do Kłodzka.
     Opinia #1 - Zylkene uspokoi Twój portfel w takim sam sposób w jaki weterynarz uspakaja zwierzęta morbitalem. 
     Cholerstwo jest drogie - jedna tabletka na 17kg Miszona kosztowała około 5-6zł. Efekty? Żadne. Pies dalej był znerwicowany, poddenerwowany, nie kontaktował, trząsł się, ziajał i sapał. Nic, co dałoby się zauwazyć i możnaby przypisać jako działanie leku. Jedyne co uspokoił to moje chęci wyjazdów czy kupowania psu pierdółek. Leżeć, Portfel, leżeć! 
 Opcje są oczywiście dwie - albo dawałam tego za mało i za krótko, albo lęki Miszy były zbyt mocne, żeby dało się je ugłaskać naturalnym biopeptydem.
Po co więc ktokolwiek kto widział Miszoschizy nam to zalecał?! Po co?

"Maaagdaaaa! Zawołaj Miszę!", "Po co?", "No zawołaj!!!"
... Hm... Jak ten pies ma być z nami normalny?
       W ostatnich dwóch tygodniach września 2014 postanowiłam szukać jednak nowego lokum we Wrocławiu jako, że dostałam się tam na studia magisterskie. Temat szukania mieszkania we Wrocławiu to temat na osobny wpis, ale nagłe alergie, urwane połączenia i brak kontaktu po wspomnieniu, że chcę zamieszkać z psem były na porządku dziennym. W efekcie miejsce w pokoju znalazłam dokładnie 30 września, moja obecna współlokatorka, która poszukiwała osoby do pokoju, jakby na przekór wszystkim zareagowała na informację o psie zupełnie inaczej - wygrałam "casting" jeszcze zanim sie pojawiłam. Misza po raz pierwszy była bardziej porządanym lokatorem ode mnie.
      O tym, że rozważałam oddanie Owczara przez te jej schizy pisałam już w jednej z poprzednich wpisów. Lokalizacja tego mieszkania sprawiła wtedy, że zrobiło mi się słabo. Dość powiedzieć, że przejeżdżające autobusy robiące PSSSSSST i tramwaje robiące stukustuk po torach słychać tutaj nawet przy zamkniętych oknach, pierwsza uberruchliwa ulica jest już dziesięć metrów po prawej, wszędzie dookoła beton, mnóstwo ludzi... Wieszczyłam psu kilka ataków serca, więc ucieszyła mnie wieść, że przynajmniej kliniki weterynaryjne są po drugiej stronie ulicy. Przypakuje trochę w rączkach, pobiegam i w razie stanu awaryjnego bez problemu z 17 kilogramowym pieskiem w stanie zawałowym dotrę na miejsce z prędkością Flasha.
     Wcześniej miałyśmy w okolicy trawę, zieleń i trzy parki? Teraz mamy dwupasmową drogę i Rondo Regana - trzy czy tam czteropasmowego potwora, centrum ruchu dla autobusów (też nocnych) i tramwajów i setek aut. Każdego dnia. Wcześniej mijałyśmy niewielu ludzi na spacerach, ciche noce ze świerszczykami? Tutaj życie trwa o każdej porze ze względu na pobliskie akademiki. Ludzi jest pełno, ktoś gdzieś ciągle biegnie, w nocy studenci śpiewają hity Kobranocki, Brodki czy po prostu głośno i wesoło prowadzą pogawędki w okolicach trzeciej nad ranem.
     Tydzień po wprowadzeniu się tutaj Misza dostała od Pani Weterynarz w prezencie powitalnym Hydroksyzynę - łagodny psychotrop. Dlaczego? To na poniższym to pies wysyłający CSy do stolika. Ot, przez trzy dni przechodziła obok bez problemu. Czwartego odkryła, że jest to niebezpieczna bestia. W nocy spać się nie dało, bo przejeżdżające auta włączały psu pokazy świetlne na suficie - dwie noce biegałam z nią na dwór w przedziale Ja-Pier-Papier-Północ do Zlituj-Się-Dopiero-Czwarta, bo nie wiedziałam dlaczego w panice próbuje wydostać się z pokoju skacząc na drzwi, trzęsąc się i popiskując - biegunka? Siku? Wtf? O spaniu - z jej strony - nie było mowy.
     Do tego przez pierwsze dwa dni wlączyła jej się funkcja alarmu i szczekała na każdego intruza (Czyli w zasadzie KAŻDEGO kto wszedł do DOMU). Byłam święcie przekonana, że nas wywalą i przezornie nie rozpakowywałam się jakoś szczególnie, żeby zaoszczędzić sobie roboty.
     Na szczęście w miarę upływu czasu hydroksyzyna z dnia na dzień zaczęła działać, pies przestał skakać po drzwiach w środku nocy, załapał kto jest domownikiem i że nie drze sie na niego mordy kiedy wraca w środku nocy. Za to spacery do Parku Szczytnickiego były niezłą akrobacją i wywoływały szalone sapanie i trzęsienie się na przejściu dla pieszych. Panikę i ogólną chęć ucieczki Byle Gdzie Byle Daleko.
     Pół miesiąca później zaczęła też robić to. Siedzenie i gapienie się w ścianę.
Duch oficjalnie dostał imię George a Miszy dyskretnie zmniejszyłam dawkę po tym jak ze strachu zaczęła chować sie do klatki kiedy otwierałam szafkę z ciuchami.
Łącznie na psychotropach była półtora miesiąca i wolę nawet nie myśleć co by się działo gdyby ich nie było. Już i tak mimo psychotropów przez pierwsze kilka dni na spacery dłuższe wychodziłyśmy w nocy kiedy robiło się spokojniej.
     W międzyczasie nasza praca nad jej paniką do tramwajów, autobusów i pociągów (TAP :D) była dość nieregularna na takiej zasadzie jak poprzednio. Robiła postęp po czym nagle kolosalnie się cofała. Coś jej się przydarzyło i odreagowywała na ludziach strasząc zębami i startując nieregularnie do obcych. Mówimy tutaj już o okresie styczeń-luty 2015. Decyzja została podjęta: koniec patyczkowania się z Miszą. Jednocześnie nastąpiło wtedy kilka przełomów, które rzutowały na dalszą pracę z Miszą i jej aktualnie stałe postępy. 
     Co to było?
- Paulina, Kasia, Asia, Agnieszka, Aneta, druga Kasia, Patrycja i w przechuj innych osób, które nas znały z widzenia powtarzały mi niczym zacięta płyta, że ten pies kiedyś jeszcze będzie normalny. Nie wierzyłam, ale słuchałam.
- Aneta zwróciła uwagę, by ogarnąć czy regresy na pewno są takie "nieregularne" jak mi się wydaje. Że może to coś w moim zachowaniu lub zapachu/ Doprowadza Miszę do takiej skrajności, że decyduje się mnie bronić przed złem tego świata.
Okazało się, że odpowiedź leży w tym momencie miesiąca kiedy przechadzam się ulicami i snuję mysli o ludobójstwie. Yup. PMS. Nie wiem czy to zapach czy mowa ciała, nie obchodziło mnie to.
- Jak nie raz wskazywała Agnieszka, zwróciłam uwagę na to, czy problem faktycznie nie leży w przewodnictwie i pewności siebie i leżal. Wraz z ćwiczeniem pewności siebie i podejmowania samodzielnych decyzji u psa na codzień a jednocześnie budowaniu swojego wizerunku jako przewodnik udalo mi się gnojka trochę ustawić do pionu, zyskać zaufanie i wyeliminować kilka problemów.
Co ciekawe? przestała jak pojebana szczekać na ludzi, rzucac się i ogólnie bać zapamiętale WSZYSTKIEGO. Od lutego w zasadzie nie przypominam sobie regresu.
:P

- Zaczęłam mieć w dupie nastroje mojego psa i po prostu opierdalać w trybie instant za chore akcje w stylu szczekanie na ludzi, próba niesubordynacji przy rowerku i w innych awaryjnych sytuacjach kiedy po prostu MUSI być posłuszna dla jej własnego bezpieczeństwa. Co ciekawe - wychillowała. Nie tylko okazało się, że nic jej się nie stanie, ale i że KTOŚ zaopiekuje się NIĄ, jej rzeczami i ogarnie całą sytuację, więc nie musiała tego robić.
Przynajmniej ja tak to sobie tłumaczę. O ile peniałam że takie coś wyprowadzi ją z równowagi o tyle ryzyko się opłacało, bo zaprzestanie cackania się było ewidentnym przełomem.
- Zlokalizowałam główne i pośrednie lęki Miszy. Jak wskazywano nam wcześniej. Problem może niekoniecznie leżeć we wrazliwości na dźwięki wydawane przez komunikację a w: braku możliwości kontrolowania sytuacji (jak ma obronić i ogarnąć, skoro na tak ciasnej przestrzeni jest tak wiele ludzi?); lęku przed ludźmi (są straszni. nawet ja to wiem); mojej mowie ciała (napięcie, stres. nie przetłumaczę psu, że wk**wiam się na człowieka trzy kilometry dalej, z którym widziałam się o poranku/będe widziec się za dwa dni. A pies widziiiii, że coś jest nie tak); udzielaniu wsparcia w złych momentach, braku wsparcia wtedy kiedy było potrzebne.
- Usunęłam z pokoju plastikowe butelki :D Na przełomie marca i kwietnia trzy razy po powrocie ze szkoły spotkałam Misze pod drzwiami wejściowymi - tak ją coś przeraziło w naszym pokoju, że postanowiła z niego uciec i nie chciała wrócić. Spanikowana, wygaszona i nieswoja była do końca dnia. Zajęło mi jakieś dwa tygodnie załapanie, że to nagrzewająca się w słońcu i robiąca nagłe "pyk!" plastikowa butelka jest sprawcą zamieszania.
- Ruch! Od lutego Owczarko regularnie biegało i w biegu poznawała swoich "wrogów" - niestety przy rowerze to ja jestem straszniejsza. I rower. Bo można na przykład rozjechać białego pieska. Więc bardziej uważa na nas, mniej na strachulce. Efekt? Nie schizuje aż tak. Po dwóch miesiącach nie schizowała wcale.
- Inne psy. To z zaprzyjaźnionymi psami, które toleruje wsiadła po raz pierwszy do tramwaju i po raz pierwszy od roku skupiała się w nim, brała jedzenie, kontaktowała. Wcześniej taka sytuacja nie miała miejsca - pies wyłączał się, zwijał w kłębek nieszczęścia i trzęsąc/sapiąc próbował zniknąć. Siad? Leżeć? łapa? Poza zasięgiem. Pasztet? Jedziesz? Nie jedz!
Aktualnie nawet nieźle pracuje.

Mam nadzieję, że przybliżyłam z grubsza sytuację. Jak się zastanowię co dla tego psa robiłam i robię do tej pory (znacie innego czubka, który na piechotę przejdzie około 15-20 km do innego PARKU, bo pies nie jeździ tramwajem?...) to stwierdzam, że na bani mamy obie. ;)

________
Paulina i Afgan o imieniu Ptyś - P&P - Moja siostra i jej pies :)
Agnieszka - od G'Iro border collie
Aneta - jedyna, niepowtarzalna od Kuli Zagłady o imieniu Mika.
Asia - Tobi&Ahri&Dixon :)
Kasia - od Rajka, Chilli i Zmory.
Patrycja - od Lexi.
Kasia - od bostona Bobka ^^
I masa innych ludzi...

19 komentarzy:

  1. Mega. Mam w domu podobnie w wydaniu pies/20kg/psychopata. Tyle, że zamiast, ucieczek preferuje wyrzuty agresji, potrzebę mordu różnych przerażających wszystkich/wszystkiego. Post ten dał mi siłę;) i chce mi się płakać;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, kojarzę Go! Miszon odreagowywała agresją i reaktywnym zachowaniem stresujące sytuacje. Jeden z powodów, dla których poszukałam innego wyjścia niż zabieranie jej ze sobą - po powrocie pies do dwóch dni zachowywał się... dziwnie :)
      Mam nadzieję i trzymam kciuki, że Wam się również uda opanować chłopaka :) Gdzie są chęci znajdzie się i sposób! :D

      Usuń
  2. O ja chrzanię. A mnie się czasem wydaje, że zapieprzę mojego, bo się jara innymi psami (ma zajoba na punkcie wszystkiego mniejszego niż ona, a jak jeszcze jest białe, to się sama mogę wypchać pasztetem, mój pies ma mnie w tyle), ale u Ciebie to droga przez piekło. Jestem pełna podziwu, bo nie wierzę, że sama potrafiłabym sobie z czymś takim poradzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Misza by była na liście "most wanted" w takim razie :)
      Dzięki, ale droga ciągle trwa :/ Autobusy i pociągi ciągle sa nieopanowane i dodatkowo ostatnio musimy chodzić częściej w jakieś gęste okolice, bo Miszon przechodzi po swojemu jesienną chandrę...

      Usuń
  3. "Wcześniej miałyśmy w okolicy trawę, zieleń i trzy parki? Teraz mamy dwupasmową drogę i Rondo Regana - trzy czy tam czteropasmowego potwora, centrum ruchu dla autobusów (też nocnych) i tramwajów i setek aut. " Mieszkałaś w sedesowcach? <3

    Bardzo dobry wpis. Chętnie dowiedziałabym się, jeśli masz taką chęć jak pracowałaś nad agresja Miszy wobec psów -mam Ru od 9 miesiąca i roboty z nią jest po pachy, nie chcę sobie wyobrażać jaką orkę na ugorze miałaś z białą. Mamy w miarę opanowane ignorowanie innych psów, natomiast w momencie, w którym obcy pies reaguje agresją (tzn kłapnie, warknie ostro), to pała traci głowe i rusza zabijać. Nie ma CS, tylko mord w ułamku sekundy - mieliście takie coś? Opanowaliście?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. BTW też weszłam w pewnym momencie na wyższy poziom wtajemniczenia, "Zaczęłam mieć w dupie nastroje mojego psa i po prostu opierdalać w trybie instant za chore akcje w stylu szczekanie na ludzi, próba niesubordynacji przy rowerku i w innych awaryjnych sytuacjach kiedy po prostu MUSI być posłuszna dla jej własnego bezpieczeństwa." ;]

      Usuń
    2. Nieee, nie mieszkam (bo ciągle jestem w tej okolicy...) w sedesowcach :)
      Co do Miszy agresji do innych psów - czy ja wiem czy tak bym to nazwała? Miszon po prostu ma tak, że niekoniecznie kocha wszystkie futrzaki, ale te, które są przez nią mniej lubiane nie wchodzą tak od razu na czarną listę. Biała od początku bardzo fajnie się komunikuje, śle CSy i ładnie je czyta. Na początku ignorowała inne psy zupełnie, po kilku incydentach jednak zaczęła reagować niepewnie i do tej pory na spacerach w obcej sforze, jak inny pies zaczepia ją do zabawy to trzyma dystans i szuka wsparcia, chowa się i nie spoufala.

      Inna sprawa, że w konflikcie pies-pies wchodzę do akcji i nie pozwalam jej na samowolkę jak widzę co się święci. Kilka tygodni temu miałyśmy na mieszkaniu staffika, który gryzł ze strachu. Misza ją traktowała okropnie i szukała tylko okazji, żeby dziabnąć na spacerze, staffik siłą rzeczy chodził i się bronił atakami prewencyjnymi. W końcu któregoś razu nie wytrzymałam, Misza przy próbie ataku dostała "w nagrodę" kurwę i pęczek kluczy, staffik wcześniej wyrobiony odpowiednik "nie"... I sie skończyło. Misza potem próbowała jeszcze tylko dwa razy pacyfikować Tiksę - raz jak uznała, że nie patrzę (ojjj, okazało się, że myliła się bardzo) a drugi raz jak Tiksa ruszyła zamordować Ptysia. Ale też szybko dała sobie spokój jak zobaczyła, że sama nie tylko nie może ale i nie musi kontrolować sytuacji.

      Nie wiem czy to doświdczenie/wyczucie/fart, ale zdecydowanie podziałało i w zasadzie na jednym spacerze z dwóch mordujących się psów (gdyby nie kagańce trzeba by je było szyć) przeszły na dwa idące bez kagańców w jednej sforze psy. Do tego stopnia, że jedna drugiej całkiem fajnie już pod koniec spaceru udzielała wsparcia (coś strasznego? Tiksa chowa się za Miszę, Misza chowa się za Magdę, Magda puka się w czoło...). :)

      Usuń
  4. Ale taka sytuacja o której piszesz z brakiem cierpliwości i CSami - coś mi się kojarzy. Nie wiem czy Ania od Gaji nie pracowała z Gają nad tym problemem. I na pewno Kasia z Raiderem pracowali (Chilla, Raider i Zmora) nad niemordowaniem innych pieseczków :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No z tego co widziałam, to Gaja wśród innych psów chodzi w kagańcu, a mi chodzi o to, żeby móc to wykluczyć. Ru jest dziwna, histeryczna i bardzo emocjonalna - jeśli tylko pies stanowi dla niej zagrożenie, z automatu atakuje. Jeśli pies zachowuje się stabilnie - burknie tylko, upomni ją, to odchodzi i szuka u mnie wsparcia. Jeśli pies kłapie na nią, to nie ma szans, a wolałabym i to wykluczyć.

      Usuń
  5. O rany, naprawdę miałaś z nią pod górkę! A ja myślałam, że Joy jest dziwna... :P Moim zdaniem "cackanie się" źle wpływa i na psa i na nas. Joy od początku jest utrzymywana w trybie "zero litości". :D Jeśli należy się jej opieprz, to go dostanie i o tym wie, ale dzięki temu jest bezpieczna i mamy ustalone relacje.

    Podziwiam ogrom pracy, który włożyłaś w Miszę.

    Btw, bardzo lubię Twój styl pisania. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym cackaniem się to chyba jak ze wszystkim - czasami lepiej pocackać, czasami lepiej nawet o cackaniu nie myśleć :)
      Miszon własnie była rozpieszczana... a przynajmniej tak mi się wydawało. Zrobiłam rachunek sumienia. Trochę wstyd, bo chyba widzę co i jak schrzaniłam i mam dylemat odnośnie pokuty ;)

      Dziękuję, ale chyba nie miałam wyboru ;)

      A TO MNIE MEGA CIESZY :D

      Usuń
  6. Psy widzą i słyszą o wiele więcej niż my. Ja już raz nabrałam się na próbę zwracania mojej uwagi na chore ucho. Potrząsam uchem = zwracają na mnie uwagę (nie posądzam Miszy o symulowanie ale do czegoś dążę). Kolejna sprawa. Cleo panicznie bała się włączania i wyłączania prądu i powstał łańcuch: włącz/wyłącz-pstryk lodówka, pstryk akwarium-wiatr na dworze- szumiące liście- trzaskające okno. Wszystko to Z CZEGOŚ WYNIKA. Po nagrywaniu psa, analizie stwierdziliśmy, że wina leży po stronie demonicznego akwarium :D co ciekawe nigdy u mojego psa nie spostrzegłam nadwrażliwości na dźwięk. Fajerwerki? Burza? Idę pooglądać ;)
    Fajnie, że zauważyłaś że ona reaguje na Twój stan emocjonalny i hormonalny bo jesteś w stanie teraz pracować nad sobą. Też jestem nerwus i niestety przez swoje nerwy zepsułam swoje dog frisbee. Wiele naprawiłam ale miną jeszcze lata świetlne zanim Cleo będzie tak nakręcona na dyski jak na agility czy tropienie. Rola przewodnika jest okrutnie ważna w wypadku psów delikatnych psychicznie.
    Myślałaś może o jakimś semi z Alexą Caprą? Drogo w cholerę ale jednak fajnie byłoby dowiedzieć się czegoś od prawdziwego naukowca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze taka sugestia. Próbowałaś jej podkręcić śrubę w pracy? Tak aby nie miała czasu na wymyślanie schiz.

      Usuń
    2. Wiedza naukowa jest dla mnie wiedzą bezużyteczną w tym konkretnym przypadku. Wiem jak wygląda pier*olenie naukowców, widziałam konferencje naukową poświęconą właśnie psom i ich zachowaniu i jedyne co mi się nasuwa na myśl to przepiękne "that's bullshit bae" ;)
      A już na pewno nie dam 600 zł za TEORETYCZNY wykład dotyczący zabawy z psem. Marnotrastwo i tyle.

      Misza nie symuluje, żeby zwrócić na siebie uwagę :) Ale to z potrząsaniem ucha jest niezłe - Cleo spryciara :D

      A Cleo nie jarają zabawki ogółem czy specyficznie dyski?

      A co do pracy - yup. Właśnie ten okres od lutego taki miała. O ile czas na wymyślanie sobie schiz zawsze znajdzie to poprawiły się przynajmniej nasze relacje ;)

      Usuń
    3. Nie o te konkretne semi mi chodziło a raczej o seminaria o pracy z psem lękliwym albo psem z schroniska. Bo takowe bywały, mam nadzieję, że nie pomyliłam nazwiska ;)

      Cleo lubi zabawki acz nie twarde. Co do frisbee to ona je znielubiła przeze mnie bo jak była szczylem to rzucałam jej rollery fastbackami i się bardzo zraziła. Dużo czasu zajęło mi odkręcanie tego i jest spoko ale widać że dla niej frisbee to nie to samo co agility albo tropienie. Na agility nagradzam ją głównie zabawkami: szarpakiem i piłeczką.

      Usuń
  7. czyli do czegoś udało mi się przydać, jak miło! :D
    najważniejsze jest, ze teraz wiesz co chciałabyś robić a nie odbijasz się jak kilka miesiecy temu "może to? nie. a to? nie. to może to?? nie, nie to też nie".
    Trzeba poznać Miszonga z Młodą! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W jakim sensie wiem co chciałabym robić? :OO
      Miszonga z Małą na pewno nie poznamy - ona nie lubi szczeniaków, gnoi je i przeważnie jest przy nich zgaszona mniej-więcej tak jak przy G'Iro kiedy ten postanowi się z nią pościgać do patyków ;) Więc oszczędzam jej wrażeń. Chyba że jakas wieksza grupa pojdziemy :P

      Usuń
  8. Pierwszy raz tu jestem i z pewnością będę wracać ;) Świetnie piszesz - bardzo dobrze mi się to czyta ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mój pies to pizda i też wszystkoego się bał. Miał etap w wieku dojrzewania "jestem macho, jajka uciskają mi MUSK", a potem poooszło w cholerę... piesek na wszystko szczerzył ząbki. Ze strachu. Titianie, głaskanie, tulenie psa nie dawało nam oczekiwanych rezultatów. I raz go opierdoliłam. Porządnie. Wtedy stanął jak wryty z miną "moja matka umie warczeć" i to mi uświadomiło, że tylko łączenie pozytywnego z karami daje efekty. Od tamtej pory przestałam się cackać z psem. Owszem, pracowałam nad zaufaniem i duuużo mnie to kosztowało pracy, ale mój kundel potrzebował potwierdzenia, że to ja tu rządzę i najnormalniej w świecie go zabiję jak się nie ogarnie. Z drugiej strony jak przesadzałam z karami to pies wbijał się w ziemię i przepraszał za to, że żyje. W końcu znalazłam złoty środek i umiem już dysponować głosem, karami i nagrodami. Przestał kozaczyć. Choć niestety przy drugim psie, totalnym betonem, gówniarzem, którego nie rusza nic jego histeryczna natura czasem się odzywa... Właściwie to coraz częściej, ale to wynika ze skrajności ich charakterów i z tego, że wówczas mój czuje się odrzucony przez matkę... wtedy przeprasza za to, że żyje i obiecuje, że zaraz sobie zrobi dół i się zakopie żywcem, jeśli będę tego chciała... To faktycznie przy gówniarzu muszę go zapewniać, że nie trzeba, pracować nad jego histerią na zasadzie "mama cię kocha, no chodź do mamy", ale jak tylko gówniarz zniknie z pola widzenia to wracają rządy opierdzielania. Bo jak tego nie zrobię, to kundel sobie odbija chwile stresu kozaczeniem (choć ostatnio jest to kozaczenie bardziej lękowe niż kozaczenie kozackie). Eh, dziwne są te kundle ;)

    OdpowiedzUsuń