Czasami mam wrażenie, że jesteśmy z Owczarkiem Zaprzeczeniem Zdrowego Rozsądku, zmorą wszystkich czarnowidzów, utrapieniem ludzi lubiąc...

Zaprzeczenie zdrowego rozsądku


Czasami mam wrażenie, że jesteśmy z Owczarkiem Zaprzeczeniem Zdrowego Rozsądku, zmorą wszystkich czarnowidzów, utrapieniem ludzi lubiących krakać najgorsze i pewnie też solą w oku niejednej obsesyjnej psiej matki czy psiary. Dlaczego? Podejmujemy (a raczej - ja podejmuje) ryzyko, stawiam na szali bardzo często wiele (jeżeli nie wszystko) i... wychodzę na tym dobrze.
     Czasami jestem z tego dumna, innym razem zastanawiam się czy właśnie nie spieprzyłam jakiemuś psu życia człowiekiem, który nie ma na tyle jaj, żeby zacisnąć zęby i iść do przodu. O czym mowa? O obalaniu mitów dotyczących "idealnego domu" dla psa. Znacie to? Domek z ogródkiem? Pierdylion godzin spacerów? Żarcie za jakieś dwie stówy w miesiącu, bo inne to jest be i jak można pchać taki syf w psa? I pewnie jeszcze masa innych pierdół.
     Jako studentka - wtedy jeszcze trzeciego semestru (drugi rok!) można by rzec, że byłam w strefie podwójnego ryzyka - szczególnie, że byłam na tyle uparta, żeby nie tylko studiować, ale szukać też pracy i dodatkowo tuż przed rozpoczęciem czwartego semestru podjęłam ostateczną decyzję - biorę Miszę. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że byłam przygotowana na jakieś 20% tego co mnie spotkało - tak negatywnych jak i pozytywnych rzeczy :)
Kundel jeszcze w schronisku

     Nie ma cię w domu 8 i więcej godzin? Zapomnij o psie!
     Nie wiem kto pisze takie pierdoły i mam ochotę sobie poużywać na temat pizdowatości takich osóbek ale sobie odpuszczę! Żyjemy w kraju, w którym w zasadzie w niemalże każdej pracy czy robocie siedzi się osiem godzin dziennie. Nienormowany czas, jakies luźne, indywidualnie ustalane grafiki i freelancing są, istnieją, ale nie są na tyle popularne(poza tym mam wrażenie, że freelancerzy preferują koty :D). I co, to teraz odbieramy psa każdemu kto PRACUJE? Pozdrawiam zgorzkniałych i skwaszonych - pracuję w systemie ośmiogodzinnym. Misza jest w domu sama około dziesięciu godzin, pięć dni pod rząd - do i z pracy dojeżdżam godzinę. W lipcu bywały dni kiedy nie było mnie 18h na dobę - wiecie co się stało z Miszą? Nic. Przeżyła. Inna sprawa, że w te dni Owczarek była wyprowadzana przez znajomych, żeby mogła się załatwić. Yup, mam szczęście - są ludzie, którzy lubią mojego psa prawie tak samo jak ja.
A co gdyby ich nie było? Nie podjęłabym drugiego etatu albo wynajęła jakiegoś petsittera. Rozwiązanie zawsze się znajdzie.
Co więcej - bądźmy poważni. Czy KTOKOLWIEK zastanawiał się jak wiele godzin siedzi sam pies w schronisku? Bez człowieka? 24? 48? 72? 12225? I cieszę się, że adoptując go chcecie mu wynagrodzić i zabrać go w lepsze warunki - ale żeby od razu rzucać pracę i z ubóstwa w nędzę?... No bez jaj.
     Nie stać cię na wyrzucenie znienacka tysiąca u weterynarza? Po co brałeś tego psa?!
     Kolejny mój ulubiony argument - szczególnie ludzi, którzy stoją murem za hodowlą psów rasowych. Przyznam szczerze, że moim zdaniem ceny psów z rodowodem są absurdalnie wysokie i są jednym z argumentów "przeciw" kiedy planuję (i planowałam) sprawić sobie futro. Dalej uważam, że trzeba mieć nasrane w głowie, żeby żądać dwa i pół kawałka za szmatsu czy innego pieska małej rasy i jeszcze płakać jakim to się jest biedakiem, że hodowla nie przynosi zysków i że to za straty moralne, których doznała matka szczeniąt podczas rozdziewiczania płacimy tak kosmiczną nadwyżkę.
Ciul tam, że takie goldenki, labradorki czy nawet większe charty mozna spokojnie kupić za mniejsze kwoty. I błagam, nie rozpisujcie się na ten temat w komentarzach, bo mnie to na prawdę gówno obchodzi :D
Yyyy... o czym to ja? A no tak - koszty weterynaryjne. Powiedzcie mi, właściciele psów, z ręka na sercu - kogo z Was stać, teraz, dziś w tym momencie na operację za 300 czy 400 zł? Ups. Chyba musimy sie pozbyć naszych futer.
    Jedzenie za MILIONY.
    Spotkałam się ostatnio z Panią Wiem Wszystko (a tak bez jaj - dlaczego takie głupie są zazwyczaj kobiety?) twierdzącą, że jak cię nie stać na dobrą karmę dla psa (oczywiście mowa tutaj o ToTW, Orijenie, Acanie czy BARFie a nie jakiś tam Britach dla biedoty) to tego psa nie powinieneś mieć. Okay, Miszon, pakuj manatki i wypieprzaj na ulicę albo do schroniska, tam z pewnością leży lepsze jedzenie - 100% mięsa jak sobie znajdziesz jakiegoś rozjechanego zwierzaczka, ewentualnie upolujesz kota. A najlepsze jedzenie to już tylko w schronisku - chrupki z zawartością mięsa sięgającą ledwo, ledwo, desperacko maksymalnie ilu? 6%? Nie dajmy się zwariować. Jedzenie JEST ważne, ale ja osobiście wyszłam z założenia, że niewiele rzeczy mogę swojemu psu zaproponować do zakąszenia, które będą GORSZE niż to co już jadła.
Kundel już u mnie. Widzicie to przerażone spojrzenie? :D

    Jak spacer to tylko kilkugodzinny. Codziennie.
    Czy ja wyglądam na kogoś kto nie ma życia? Owszem, uwielbiam spacerować z psem, jeździć na rowerze, ale uwielbiam też się lenić a po całym dniu w pracy OSTATNIE na co mam ochotę to kilkugodzinna przejażdżka lub włóczęga po okolicznych skwerkach, parkach i innych miejscach, w których mogę spotkać upierdliwych i drażniących ludzi. Powiem nawet więcej - w czasie sesji egzaminacyjnych Misza bardzo często była "rozpieszczana" spacerkami trwającymi MAKS 15 minut, trzy razy dziennie dookoła bloku - na siku i kupę. Okay, bo słyszę, że co niektórzy już targają gałęzie na stos, użyczyć wam zapałek?
A wiecie co Misza robiła przez resztę tego czasu? Spała, jadła, upierdliwie zaczepiała, żeby ją kochać i karmić więcej, czasami kładła sie na notatkach - innymi słowy TO SAMO CO ZAWSZE. NIE roznosiła domu, NIE odwalało jej od nadmiaru lenistwa.
     Warto tutaj jednak zaznaczyć, że Miszowy kilometraż spacerowy zahacza o jakieś sto kilometrów w tygodniu. Miejcie to na uwadze - tyle właśnie jeździmy na rowerze, chodzimy. Tyle, a nawet i więcej, robi biegając za frisbee, ćwicząc różne głupoty które sobie wymyślam. Więc to nie jest tak, że jak mnie łapie leń to na wieki wieków - przeważnie dzień wolny to dzień długiego spaceru, spotkania ze znajomymi, wypadu rowerowego, wypadu do parku albo nad Odrę by popływać.
    Jak pies to tylko do domu z ogrodem/na własne mieszkanie.
    Okay. Wyjaśnijmy coś sobie. Miszę adoptowałam 13 kwietnia w Żarach. 14 kwietnia wsiadłyśmy w pociąg i przejchałyśmy 150 km żeby dostać się do Wrocławia na wynajmowane mieszkanie. Do pokoju, który jeżeli będziemy srającymi tęczą optymistycznymi kucykami pony - miał może jakieś 10m2 :) W dodatku dzieliłam go ze współlokatorką. Od tamtej do tej pory mieszkamy właśnie w systemie współdzielenia pokoju - jest spoko pod warunkiem, że traficie na spoko ludzi. Mi się "udało" to kilkakrotnie. Nie ma rzeczy niemożliwych w każdym razie - Owczar ma jakieś 55-60cm w kłębie, 18kg, jest średnim psem. Dodatkowo regularnie przyjeżdża do mnie siostra ze swoich afgańskim Bydlęciem 70cm w kłębie, 30kg masy - nie było większych problemów wtedy, nie ma teraz. Misza nie męczy się w bloku, jest dobrze wychowanym psem - nie niszczy a czas w domu przesypia. Generalnie nie słychać za bardzo, że w domu w ogóle jest pies.
Poza tymi momentami kiedy wejdzie ktoś obcy i Owczar zaczyna szczekać. Eliminujemy i to.
I nie, nie musisz mieć ogródka, żeby mieć psa. Powiem więcej - nawet jak go masz to i tak rusz łaskawie dupsko z kanapy i wyprowadź psa NA SPACER. W przeciwnym razie polecam zamknięcie się na stałe w pokoju. Twój pies w ogródku czuje się tak samo - większy kojec to ciągle kojec.

    Psychiczny owczar w wielkim mieście. 
    Lękliwa, wycofana i nieufna - z pomocą innych otwiera się do ludzi, na psy i nowe sytuacje. Da się? Da się. Powiem nawet, że gdyby nie to, że mieszkam właśnie tu gdzie mieszkam (centrum Wrocławia) pewnie nie udałoby się wypracować tego co wypracowałyśmy.
I yup, pewnie, że byłam zesrana jak wszyscy diabli kiedy się tu wprowadzałam. Po pierwsze - przez okno słychać przejeżdząjące tramwaje i autobusy a Misza na te dźwięki reagowała panika. Aktualnie? Wyjebka.
Po drugie - jeden ze współlokatorów jest facetem a Owczarek tychże przeważnie sie boi. Aktualnie? Pędzi na złamanie karku się głaskać. I męskich sąsiadów nie wiem dlaczego też bardziej lubi niż kobitki. Chyba odpowiednia zapadka w mózgu powoli zaczyna zaskakiwać.
Po trzecie - masa nowych ludzi w otoczeniu... I każdy fajny, żeby się z nim miziać.  
Po czwarte - szlabany, budowa, dziwadła z akademików - wszystko to przestało robić na niej wrażenie. Już nawet nie budzi się jak ktoś po raz kolejny idąc do monopolowego drze mordę (ups. ŚPIEWA) pod naszymi oknami.  
Pamiętajmy jednak, że pies ze schroniska to może być wszystko - niszczenie w domu, śpiewanie, agresja i lęki. Powiedziałabym, że w takim wypadku zawsze można iść do behawiorysty, ale tego... Już ich nie lubię :D 
      Jak sport to tylko rasowe psy!
     Największym szokiem było dla mnie to, że pies, który w schronisku miał w poważaniu szarpaczki i inne zabawki po kilku tygodniach w domu zaczął powoli jarać się na piłkę, maskotki, sznureczki i inne głupoty. A w końcu pewnego razu także na frisbee. Mimo że dla mnie ten sport jest nudnawy i mało atrakcyjny dla Owczarka jest to coś absolutnie niesamowitego, co krzyczy PRZYGODA, za każdym razem kiedy wyciągam dyski. Więc od czasu do czasu jej rzucam - zawsze to sposób na pozbycie się nadmiaru energii.
W agility też byłaby świetna, jednakże ja jestem za wolna a jedyny tor i instruktor, który moim zdaniem jest godny dawania mu pieniędzy - jest za daleko od nas. Także szach-mat dzieci z bogatych domów, które do amatorskiego sportu jako pierwszego psa biorą zwierzątko z hodowli. Z kundlem też się da, a nawet powiedziałabym - trzeba! I będę patetyczna, ale wiem, że uratowałam temu psu życie. Ptyś - takie dziecko z dobrego domu - nawet gdyby nie trafił do nas, dach nad głową by miał. Misza nie. Misza mogłaby gnić w schronisku jeszcze długie miesiące lub lata. Zestarzeć się za kratami i właśnie tam umrzeć.
      

Słowo na sobotę: WSZYSTKO jest w naszych głowach. I ile problemów sobie wymyślimy i stworzymy tyle będziemy musieli rozwiązać.
   

14 komentarzy:

  1. Misza w sporcie jest lepsza niż wiele rasowych psów, frisbee łapie o wiele lepiej i ładniej niż mój rasowy border ;)
    Ze wszystkim się zgadzam. Co ciekawe najczęściej o tych drogich karmach i pieniądzach na psy mówią osoby na całkowitym utrzymaniu rodziców. Ciekawa jestem co będzie jak skończą studia czy szkołę, znajdą pracę za 1500zł… ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie idealny dom dla psa to dom zawierający właściciela chcącego się uczyć. Tylko tyle i aż tyle. Większość ludzi, których pracę z psem podziwiam mówi, że uczyła się na własnych błędach oraz że popełniła ich sryliardy, a psy przeżyły i wyglądają na szczęśliwe.

    OdpowiedzUsuń
  3. O rany, już Was kocham. :D Świetnie to wszystko ujęłaś! Podpisuję się obiema rękami. Też mam wulkan energii ze schroniska. Aktualnie śpi pod krzesłem, czekając na spacer. Też wycofana na początku strasznie - teraz jest coraz lepiej. Strasznie mi się zawsze podobało dogfrisbee, ale totalnie nie mam już pomysłu, jak nakręcić na nie Joy. Otoczenie albo sztuczkowanie (za żarcie) zawsze jest dla niej ciekawsze.

    Pozdrawiam i dodaję do ulubionych. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nie wiem, może ze względu na pracę mam mega wyjebkę i wszelkiej maści mądrości po mnie spływają :)) Ale śmichu było :) koniecznie dom z ogrodem, koniecznie, inaczej męczysz psa! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jankę przygarnęłam w momencie mojej największej aktywności zawodowej i fajnej stabilnej sytuacji finansowej. A później posypało mi się zdrowie i miałam 1,5 roku przerwy, byłam bez pracy (o, przepraszam! Dostawałam 230 zł. zasiłku!). Ciężko było prosić rodziców o pomoc, ale na szczęście jej nie odmówili. Ze wszystkim innym można sobie poradzić, z brakiem pieniędzy jest trudno, a to też trzeba wziąć pod uwagę.
    Od tygodnia znów pracuję, trochę w innym trybie, ale mam nadzieję, że przywyknę, bo piesek musi dobrze zjeść :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Heh u nas podobnie. Zresztą dlatego tak bardzo lubię ten blog :P wynajmuje mieszkanie i mam psa. Kundla. Z tym kundlem udaje że robie sport (bo mi to opornie idzie, nie psu. Pies jest ok).

    OdpowiedzUsuń
  7. Już z miesiąc temu zapowiadałaś na fejsie pełen bluzgów post? I gdzie on jest?
    Zresztą, może być też jakiś inny :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo mi coś się wiecznie chrzani na lini mózg-palce.
      Zaczynam coś pisać. Jestem w połowie... I nagle bam! - szlag to trafia i ląduje w wersjach roboczych. Ten blog ma 25 notek. Opublikowanych - 9... :D

      Usuń
  8. Miło czytać o NORMALNYM podejściu !

    Z.Dmuchowska

    OdpowiedzUsuń
  9. Pięknie opisane... moje myśli! Słowo daję :) Widzę, że jesteś podobną kobitką do mnie, tyle że Ty umiesz ładnie wszystko ubrać w słowa.

    Grunt to nie dać się zwariować. I takich domów szukam dla swoich tymczasów (swoją drogą, jak szumnie to brzmi, jakbym co najmniej pół schroniska miała już u siebie! moje tymczasy to zwykłe burki z ulicy... same przychodzą :p).
    Swojego kota (debilnego swoją drogą, dzisiaj się wkurwił, że zdjęłam go z telewizora i zaatakował moją szyję, zaczął ją gryźć i wbijać pazurki... nienawidzę tego kota) ściągnęłam z Lublina (ponad 200km ode mnie;)), wtedy, gdy nie powinnam wziąć - w końcu za niedługo jadę na studia (co śmieszniejsze, wybieram się do Wrocka - takie 12h jazdy z kotem ;p), a i moja rodzina miała już dość kotów. A ja nie, wzięłam, bo pikawa mocniej zabiła. I co? I żyjemy. O dziwo, debila nie przerobiłam jeszcze na szalik (choć to rozważam), a kot mnie nie zagryzł (choć uwielbia atakować twarz i szyję z całym asortymentem pazuroko-kłowym). Co więcej, z psów przerzuciłam sie na koty. Trochę po tego, że kociarze są jebnięci, ale trochę w inny sposób niż psiarze, chyba po prostu częściej szczepią się na wściekliznę ;). I do tego mają artystyczne dusze, są zazwyczaj indywidualistami... a ja... jako introwertyczna dusza... lubię to :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To co piszesz o kociarzach to kupa prawdy, chociaż mam wrażenie, że obie grupy są MEGA kreatywne - posłuchaj przez chwilę psiarzy "dubbingujących" swoje pupile :D Dla mnie to niesamowite, czasami mam ochotę stać i notować, bo teksty jakie potrafią paść są nieziemskie :D
      No ale koty wiodą prym - trzeba to przyznać - o ile większość ludzi akcji typu aktorzy, sportowcy itp. mają jednak psy to dusze kreatywne i introwertyczne (designerzy, pisarze, artyści) to właściciele (niewolnicy?:D) kotów :D
      A 12h pociągiem kota męczyć nie musisz - zawsze współlokatorzy mogą karmić, ewentualnie ktoś może się zaopiekować pod nieobecność :) Przerabiałam to już - mieszkałam z kotem przez jakieś 4 miesiące w jednym pokoju :)

      Usuń
    2. Dubbingi lubię i to nie jest tak, że psiarze są beeee i w ogóle ;p, ale uważam, że są inni niż kociarze. Całkiem inaczej mi się rozmawia z psiarzami, a inaczej z (jak trafnie to ujęłaś) niewolnikami mruczków.
      (Sama zdaję sobie sprawę, że ten idiota gatunku Felis catus zawładnął moim sercem i duszą.)

      Twoja uwaga jest słuszna, ja to też rozważam, ale jedynie taka opcja wchodzi w grę, gdybym jechała jedynie na parę dni, a nie na dłużej niż na tydzień. I miałabym drugiego kota. Gdybym miała swojego zostawić z innymi ludźmi, zwłaszcza ZUPEŁNIE SAMEGO to zrobiłabym temu kotu straszną krzywdę. Jest to cycek mamusi, baaardoz przywiązany do swojego stada, wiernie towarzyszy mi we wszystkim. Nienawidzi, boi się, gdy ma zostać zupełnie sam, nie znosi jak rodzina mu się rozłazi. Jemu jest dobrze wszędzie, bylebym tylko była ja. Taki trochę pies w kociej skórze ;). Pomijając fakt, że jak tylko moi współlokatorzy wyrażą na to zgodę, to się dokocę na stancji, choćby jedynie w ramach DT (bo nie wiadomo jak się życie potoczy)... bo koty powinny być brane w dwupaku - mój baaardzo źle znosi fakt, że mieszka z psem, z szynszylą, z ludźmi, a nie z innym mruczkiem. Bardzo mu doskwiera brak drugiego osobnika swojego gatunku i w irytujący sposób to okazuje. ;)

      Usuń