Nie tak dawno temu zaczęły i skończyły się święta Bożego Narodzenia, przewinął się Nowy Rok, następnie moje urodziny... Wszystkie te...

Pod presją

     Nie tak dawno temu zaczęły i skończyły się święta Bożego Narodzenia, przewinął się Nowy Rok, następnie moje urodziny... Wszystkie te okazje wywołały lawinę życzeń i, co mnie niezmiernie zaskoczyło - życzenia te ani razu nie były standardowym "zdrowia, szczęścia i czego sobie wymyślisz - wymyśl sobie sama, bo mam cię w dupie i składam życzenia z obowiązku. Happy New Year!", ale zawierały w sobie osobistą nutkę, która wskazywała mi każdorazowo, że osoba je pisząca przede wszystkim przemyślała treść i prawdopodobnie NA PRAWDĘ mi tego życzyła. A co straszniejsze - znała mnie dość dobrze, by i poklepać po plecach i jednocześnie solą posypać rany jątrzące się na moim - bądź co bądź wybujałym - ego. 
     Najczęściej przewijającym się elementem, który dotarł do mnie dopiero teraz(mam prędkość przeciętnego miejskiego internetu z jedną kreską - kiedyś o tym wspominałam!) było stwierdzenie, że tworzymy z Miszą zajebisty zespół. Tylko jedna strona tego zespołu ma problem z zauważeniem tego faktu i że w sumie to fajnie by było gdyby od Nowego Roku/czasu poświątecznego w końcu zaczęła. Niby nic, a jednak coś - przewinęło się wiele razy niezależnie od siebie, wzbudziło więc podejrzenia - coś jest z nami fundamentalnie nie tak. Co więcej - jest w tym racja, gdyż już przy samym tego czytania kręciłam głową. My? Super team? Hłe hłe hłe, no jeśli istnieją teamy, których splendor mierzy się ilością pochłanianych pączków... :D
     Na odpowiedź "co" nie musiałam jednak długo czekać - w zasadzie naszą relację niszczy to samo co niszczy też sposób w jaki postrzegam sama siebie - jestem beznadziejnie krytyczna wobec swojej osoby i prędzej język sobie odgryzę niż przyznam szczerze, że jestem w czymś dobra. Bo przecież zawsze można być lepszą, nie? Lepszą studentką, artystką, znajomą a w końcu również - opiekunką psa. I tak też w kwestii postrzegania własnego psa przepotężną rolę ma ten krytycyzm właśnie. Bo przecież nauczyłam się już na afganie, że jeśli pies jest nieposłuszny to wina właściciela a nie "kwestia rasy". Rasa nie ma nic do tego, moi drodzy właściciele chartów afgańskich, że Wasz pies ucieka na spacerze, że nie chce z Wami współpracować, że ciągnie na smyczy. To Wasza odpowiedzialność - jak wychowałeś tak masz!
     Nic więc dziwnego, że mając psa ze schroniska, którego przeszłość można podsumować tak:
?
podejście mam identyczne. To, że mój pies jest krnąbrnym osłem to nie kwestia tego, że jej matkę puknął gdzieś uparty kopytny a natura zaspała, żeby zapobiec owocowi mezaliansu. Nie, to kwestia tego, że popuściłam jej wodzy tu i tam, zabrakło mi konsekwencji na wstępnie, źle rozwiązałam jedne problemy pojawiające się w trakcie jej pobytu u mnie, inne przeoczyłam/nie dostrzegłam w porę. I w efekcie mam Miszę - małego psiego potwora, który potrafi ciągle za mało. Mea culpa.
Owczar miesiąc przed adopcją.
     Nie ułatwiłam sobie sprawy również później. Spotykamy się notorycznie z właścicielami psów lepszych od Miszy - lepszych pod wieloma względami, ale przede wszystkim lepszych pod względem socjalu. Jak niektórzy z was wiedzą - lista lęków Miszy jest niemalże tak długa jak lista ofiar II Wojny Światowej. To taka niekończąca się litania, na której końcu nie ma "amen" tylko "i daj mi Panie, żebym nie musiała jutro niczego dopisywać". A bardzo często muszę. Nic więc dziwnego, że kiedy spotykam się z kundlosami, terrierami, afganem czy borderami, które nie tylko są socjalne, ogarnięte ale w dodatku wyedukowane... To nie tylko robi na mnie niesamowite wrażenie, ale sprawa przede wszystkim, że ustawiam poprzeczkę dla własnego psa na prawdę wysoko jednocześnie oczekując efektu w jakieś marne pięć miesięcy i zapominając, że zanim zacznę pracować nad nowymi rzeczami powinnam wyprostować skrzywienia jakich mój pies nabawił się najpierw w poprzednim domu a potem przez półtora roku w schronisku. A potem przez pół roku u mnie.
     Wierzcie lub nie, ale to rodzi przeolbrzymią presję. Z jednej strony presję, którą kładę sama na siebie uważając się poniekąd słusznie za wołową dupę szkoleniową(bo ile razy można spotykać się na grupowych spacerach gdzie wszystkie psy są takie wspaniałe i ogarnięte, a nasz jako jedyny zachowuje się jak Syrena Przeciwpożarowa kiedy ktoś obcy nam do tej radośnie brykającej grupki psów podejdzie? Kiedy one coś tam pokazują co potrafią a największą "zaletą" naszego jest w sumie to, że najszybciej ucieka z grupowego ustawiania do foty?:P) a z drugiej strony kładę na psa- cieszę się z każdego małego postępu za mało... I jednocześnie frustruję nieziemsko kiedy coś co wydaje się wypracowane... Szlag trafia mnie nieporównywalnie bardziej. Pies to tylko pies - mówię sobie podczas gorszych dni Miszy, kiedy robi nieziemskie regresy... I kontynuuję przekazywanie jej całą mową ciała jak bardzo jestem spięta, rozdrażniona i w nastroju na ludobójstwo tego dnia.
A pies nie rozumie, że do takiego stanu doprowadza mnie coś co umiał a czego "zapomniał"(np. chodzenie przy ulicy, wow). Dla niej jestem kłębkiem nerwów teraz, w tym miejscu, więc skoro ja jestem w tak morderczym nastroju to znaczy, że stało się coś PRZEOKROPNEGO. A to znaczy, że nasze szanse na śmierć tego dnia wzrosły do 100%. Ło k****, i co teraz???
Tak mój "gorszy dzień" widzi najwyraźniej Misza
     I tak właśnie jeśli jest coś co doprowadza mojego psa do istnego kociokwiku rozpaczy - o czym słowo daję, nie miałam pojęcia dopóki Władca Terroru nie zwróciła mi na to uwagi(zupełnie przypadkiem!) - to właśnie mowa ciała. Jeśli moja spostrzegawczość jest na poziomie kartofla to Miszy można by określić jako sokoli wzrok. Niewiele temu psu umyka w kwestii ludzkich nastrojów a kiedy widzi, że jestem spięta, rozdrażniona lub zwyczajnie zła wyprowadza ją to kompletnie z równowagi, traci grunt pod nogami i wtedy też schizuje mi o wiele częściej i gęściej. Co doprowadzało mnie do tej pory do białej gorączki(błędne koło - pies schizuje, bo ja schizuje, że pies schizuje, więc pies schizuje więcej - EEEE MAKARENA!), bo wyglądało na to, że pies staje się bardziej znerwicowany, pobudliwy i spanikowany zupełnie bez powodu. Powód jednak był - wystarczyło mi spojrzeć w kalendarz, żeby zobaczyć, że moje spadki nastroju zbyt idealnie pokrywają się z jej napadami lęków, agresji, pobudliwości...
     Nigdy nie pomyślałabym, że moje ciśnięcie psa na bycie "idealnym" połączone wraz z tym co jej przekazuję mową ciała(jestem na ciebie zła, znowu dałaś ciała, beznadzieja, nie podoba mi się to, ok - to mogło EWENTUALNIE być) i ilością negatywnych komunikatów, które otrzymywała podkopywało mojego psa aż tak bardzo. Co z tego, że w zaciszu własnego domu i na spacerach ćwiczymy namiętnie pewność siebie, samodzielność i próby podejmowania własnych decyzji, skoro tak mało pozytywnego feedbacku pies ode mnie za to dostaje - bo przecież może być lepszy, tak samo jak ja. I co z tego, że za dobrze wykonane zadanie mówię mu, że jest "dooooobrzeeee", skoro za każde złe raczę ją bierną agresją w postaci ignorowania, spinania się, rozdrażnienia... Skoro na mnie taka "psychiczna" reprymenda działa o wiele gorzej niż uderzenie prosto w pysk, to dlaczego spodziewam się, że po psie tak wrażliwym jak Misza to spłynie?
     To, czego brakuje w naszej relacji to właśnie pozytywne wzmocnienie. Nie na zasadzie klikera czy smakołyka, pogłaskania czy Dobrego Słowa Na Żarcie. Brakuje mowy ciała, która pokazuje mojemu psu komunikat najprostszy na świecie: "O stara, ale jesteś zajebista, fantastyczna robota, mój GENIUSZ!" a bez niej wszystkie powyższe komunikaty wydają się przekłamane - i mi, i Miszy. 

0 komentarze: